Bezlusterkowców Canona nie traktowałem poważnie. Zresztą wyglądało
na to, że sam Canon chyba też nie. Ot, żeby zaliczyć obecność i w tej klasie
cyfrówek. Moje spojrzenie zmieniło się nieco po premierze EOSa M5, a ostatnio –
już bardziej – EOSa M50. On niby pozycjonowany jest nie tak wysoko, ale katalogowo
prezentuje się wyraźnie lepiej niż najwyższy w linii M5. Szeroko rozłożone pola
AF, w pełni ruchomy ekran, a nawet filmowanie w 4K… jest z czego się cieszyć! Poza
tym okazało się, że bezlusterkowe Canony całkiem przyzwoicie się sprzedają. W
Japonii podobno są na topie, ale wiadomo, to zupełnie inny rynek. Znacznie
bardziej zdziwiło mnie, że w zeszłym roku na rynku europejskim jeden z EOSów M
wskoczył na podium w konkurencji liczby sprzedanych egzemplarzy wśród
bezlusterkowców. Stąd pomysł, by Canona M50 wziąć na warsztat i sprawdzić co
jest wart.
