sobota, 19 października 2019

Olympus OM-D E-M5 Mark III – mój ci jest!


     Wiedziałem, że szykuje się naprawdę fajny aparat już tak z dziesięć dni temu, czyli natychmiast po zapoznaniu się z przeciekniętymi jego pełnymi danymi technicznymi. Jednak gdybym postąpił zupełnie na odwrót, czyli zaczął od przeczytania wczesnych popremierowych opinii o nowym Olympusie, miałbym w głowie niezły mętlik. Bo nieczęsto zdarzają się tak rozbieżne, wręcz sprzeczne oceny świeżo ogłoszonego sprzętu. Z jednej strony napotykamy określenia w rodzaju Zabójca Nikona Z50 oraz Baby E-M1, z drugiej E-M10 IV wciskany nam w cenie „piątki”. Cóż takiego pokazał Olympus w swym E-M5 III, że jest on tak różnie oceniany?

     Istotna rzecz, którą dostrzegłem: wśród dziennikarzy praktycznie brak negatywnych opinii o nowym Olympusie, nie licząc uwag punktowych, czyli dotyczących pojedynczych cech lub rozwiązań. Źle mówią o nim zawiedzeni potencjalni chętni na niego. To ci, którzy spodziewali się po nim innego rodzaju ulepszeń niż zafundowano mu w rzeczywistości. A czego się spodziewali? Wygląda na to, że sporo osób oczekiwało cyfrówki pancernej na kształt E-M1 II, ale – co oczywiste – z okrojoną funkcjonalnością. Natomiast Olympus pograł z E-M5 III dokładnie odwrotnie: znacząco wzmocnił wnętrze, czasem wręcz do poziomu E-M1 X, a jednocześnie zewnętrznie trochę go poprawił, a trochę zubożył. No, oczywiście tylko w kilku aspektach, choć czasem boleśnie.
     O tym wszystkim planowałem napisać artykuł już w czwartek, w dniu premiery, ale postanowiłem troszkę wstrzymać się. Wiedziałem, że w piątek będę miał okazję pobawić się nowym Olympusem, a co za tym idzie bazować już na własnych spostrzeżeniach.

     Do rzeczy. Co jest, czego nie ma w E-M5 Mark III? I jak to się ma do pozostałych Olympusów OM-D? Pierwsze: matryca. Oczywiście już nie 16, a 20 Mpx, czyli taka jak w obu „jedynkach”. I z wbudowaną detekcją fazy (121 punktów AF) – czyli znowu najwyższy olympusowski poziom. Podobnie jak parametry migawki. Najkrótsze czasy to 1/8000 s (szczelinowa), 1/32000 s (elektroniczna), 1/250 s (synchronizacja pojedynczego błysku). Tryb wysokiej rozdzielczości Hi-Res pozwala tworzyć 80-megapikselowe RAWy i 50-megapikselowe JPEGi. Tu jednak nowej „piątki” nie podciągnięto do poziomu E-M1 X, gdyż brak trybu Hi-Res z ręki. Pozostawiono (jak i w E-M5 II) jeden slot dla kart pamięci. UHS-II, rzecz jasna. Procesor obrazu to Truepic VIII znany z E-M1 II. Z E-M1 X niby też, ale w nim siedzą takie dwa.
     Stabilizacja drgań ma deklarowaną skuteczność na poziomie 5,5 działki czasu, a przy wsparciu stabilizacji optycznej z obiektywu uzyskać możemy 6,5 działki. To światowy poziom, choć E-M1 X prezentuje się o działkę lepiej. Ale ważniejsze, że ta teoria będzie niewiele odbiegać od praktyki – tak mówi mi moje doświadczenie z Olympusami OM-D. 3-calowy ekran zamocowany jest na bocznym przegubie i ma klasyczną rozdzielczość ok. 1 Mpx. Za to wizjer doczekał się pewnych zmian. To już OLED, a nie LCD, z identyczną jak w E-M5 II rozdzielczością 2,36 Mpx, lecz z większą odległością obserwacji obrazu (punkt oczny). Okularnikom się przydaje, sprawdziłem. Ale jest i minus: powiększenie obrazu zmniejszono z 0,74× do 0,68×.
     Zdjęcia seryjne z użyciem migawki szczelinowej prezentują się tak jak u poprzednika, czyli maksimum to 10 klatek/s, oczywiście przy pomiarze światła i autofokusie C-AF ustawiających co trzeba przed każdym ujęciem. Doszły za to jeszcze szybsze serie z użyciem migawki elektronicznej. Tu można strzelać nawet 30 klatek/s, lecz już z blokadą ostrości i ekspozycji. Znacząco wzrosła pojemność bufora. Przy 10 klatkach/s E-M5 III gwarantuje zapis 150 RAWów, a liczbę JPEGów ogranicza wyłącznie pojemność karty pamięci. W E-M5 II było to odpowiednio 16 i 19 zdjęć.
     Filmować oczywiście możemy już w 4K. Już, gdyż E-M5 II nie potrafił. Crop? Skądże! Mamy 24 klatki/s przy C4K i 25 klatek/s w UHD. W przeciekniętych danych technicznych była mowa o klatkażu 120 w Full HD. Tę właśnie wartość widać w firmowych prezentacjach, lecz w oficjalnych danych technicznych maksimum to 60 klatek/s. Rzecz do wyjaśnienia.
     Aparat ma gniazdo zewnętrznego mikrofonu, ale słuchawek już nie. Wszystkie gniazda mamy po lewej stronie aparatu. Trochę dziwi skorzystanie ze standardu Micro USB, a nie USB-C. Niestety tą drogą nie można zasilać aparatu. Dobre choć to, że przez USB możemy ładować akumulator. Alternatywnie, gdyż w komplecie z aparatem i tak otrzymujemy ładowarkę sieciową.

      Aparat oczywiście został uszczelniony przeciwpogodowo i przeciwpyłowo. Gdzieś wyczytałem, że pod tym względem spełnia bardziej rygorystyczną normę niż poprzednik. Przeczytałem, a teraz nie jestem w stanie powtórnie znaleźć tej informacji, więc oznaczenia owej normy nie podam.
     Widać, że korpus aparatu został zaprojektowany od nowa. Wymiary ma niemal takie same jak E-M5 II, ale szczegółami jednak się różni. Ciut inne kształty nieco głębszego uchwytu, inaczej wyprofilowany „języczek” pod kciuk prawej dłoni, ale przede wszystkim zmieniony układ sterowania. Najbardziej przypomina ten z E-M1 II, gdyż pokrętło automatyk mamy na prawo od wizjera, a obrotowa dźwigienka wyłącznika ma na górze przyciski trybów „przesuwu filmu” i przełączania ekran / wizjer. Żałuję, że brakuje mikrojoysticka do zmiany położenia pola AF, ale rozumiem ową nieobecność, gdyż ten element na razie trafił tylko do E-M1 X. Grunt, że dotykowe sterowanie polami AF działa bez zarzutu. Do kwestii sterowania dodam jeszcze informację o menu. Jest ono porąbane i skomplikowane tak samo jak w poprzednich Olympusach. Ja sam chyba już do niego przywykłem i nie przeraża mnie ono, lecz osoby niezwyczajne w Olympusie, widząc to menu mogą wręcz uciec. 

     Mając aparat w rękach i mogąc bezpośrednio porównać go z E-M5 II i E-M1 II, rzeczywiście wyczuwałem jego plastikowość. Ale to nie była kwestia samego ciężaru, zauważalnie zmniejszonego w porównaniu z poprzednikiem. Więcej, tamta różnica była słabo zauważalna. Bardziej czuło się niższą jakość materiałów użytych na pokrycie aparatu. Ale znowu: różnica do wspaniałych gum „jedynki” była potężna, lecz do poprzedniej „piątki” już tylko nieznaczna. Dla mnie wręcz pomijalna.
     Widać, że zmniejszenie ciężaru było istotnym zadaniem, na jego rzecz poświęcono również akumulator. W E-M5 III nie ma już znanego z poprzednika modelu BLN-1, a starutki, o nieco mniejszej pojemności BLS-50. Dobrze, że aparat umie oszczędniej gospodarować energią, stąd wykonuje identyczną liczbę 310 zdjęć z jednego naładowania. To oczywiście tylko katalogowa teoria wynikająca z testów wykonanych według standardów CIPA. W rzeczywistości powinno być lepiej. Jednak nie liczmy na wsparcie dodatkowych akumulatorów zamontowanych w uchwycie do zdjęć w pionie. Dla E-M5 III takiego uchwytu po prostu nie przewidziano. I nie jest to celowe opóźnienie jego premiery. To niemal na pewno cecha ostateczna, gdyż pod zaślepką na dolnej pokrywie aparatu jest tylko kilka styków. A po co one w ogóle? Do prostego uchwytu, którego celem jest wyłącznie poprawienie wygody trzymania Olympusa. Znacząco powiększa on zasadniczy uchwyt aparatu i ma wbudowany dodatkowy spust i pokrętło sterujące – oczywiście tylko do zdjęć kadrowanych w klasycznej pozycji aparatu, a nie obróconego do pionu.

     Jak widzicie, ulepszeń nowa „piątka” ma trochę, lecz ostatnie akapity mówią niemal wyłącznie o osłabianiu pozycji tego modelu. I jest w tym trochę prawdy. E-M5 III ma być aparatem wyraźnie lepszym i bardziej zaawansowanym od poprzednika, ale jednocześnie powinien spaść o pół oczka w hierarchii rodziny OM-D. Do tej pory piątki stanowiły klasę średnią, teraz będą średnią niższą. Dlaczego? Po prostu pojawił się E-M1 X i mamy już cztery modele OM-D. „Dziesiątki” i „piątki” będą teraz klasyfikowane jak niższe, a dwie linie „jedynek” jako wyższe. Zauważcie, że E-M10 III został tylko symbolicznie unowocześniony w stosunku do swego poprzednika. To pozwoliło zachować więcej miejsca na manewry z trzecim wcieleniem E-M5. Ten „poprawiony i pogorszony” E-M5 III nie jest reklamowany jak sprzęt dla zaawansowanego, wysoce świadomego entuzjasty, a raczej jak lekkie narzędzie do swobodnego, codziennego fotografowania. Codziennego, wakacyjnego, podróżniczego. Stąd powszechne kojarzenie go w reklamach z superzoomem 12-200 mm f/3.5-5.6. Podobno wcale nie takim złym szkłem jak może to sugerować jego zakres.
     Od tej pory „dla entuzjasty” będzie przeznaczony E-M1 III. Że go jeszcze nie ma? Racja, ale wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że zostanie on ogłoszony na początku przyszłego roku. I podejrzewam, że rzeczywiście będzie on „pancernym” bezlustrowcem, co niektórzy z pewnością docenią. Jednak podejrzewam, że wewnętrznie nie będzie on modelem wyraźnie bardziej zaawansowanym niż E-M5 Mark III.

     I jeszcze jedno: cena. Sugerowana na polski rynek cena samego korpusu wynosi 5290 zł. To na razie teoria, gdyż aparat pojawi się w sklepach dopiero za miesiąc. Jednak już z kilka dni startuje jego przedsprzedaż, w której na zachętę cenę obniża się o 10%, a w komplecie otrzymujemy dodatkowy akumulator. Summa summarum korpus wyniesie nas około 4700 zł. Jak na początek rynkowej drogi cena całkiem przyzwoita. Byle tylko w ciągu następnego pół roku spadła do poziomu nieco ponad 4000 zł.

     Jak dla mnie, ta nowa piątka stanowi optimum w swojej klasie aparatów. Od strony funkcji i możliwości ma wszystko czego mi potrzeba. No, może Hi-Res z ręki by się przydał. Choć wiem, że nie działa on bezbłędnie, więc przy ważnych zdjęciach i tak fotografowałbym ze statywu. Jasne, wolałbym głębszy grip (choć da się dokleić dodatkowy), chętnie widziałbym mikrojoystik AF oraz akumulator o większej pojemności. Niemniej nie są to wady w istotnej mierze odstręczające. W każdym razie dla mnie. A, nie tylko. Pewna osoba od dawien dawna związana zawodowo z działem fotograficznym polskiego Olympusem, zwierzyła mi się że E-M5 III jest pierwszym bezlustrowcem tego producenta, który naprawdę ma ochotę sobie kupić. Znaczące, prawda?

16 komentarzy:

  1. Od dawna przymierzam sie do cyfrowego OMa, moze nawet kupie tego E-M5? Fotografowalem kiedys OM1 i OM2-n i aparaty te bardzo mi sie do tej pory podobaja. To byl wtedy cud techniki, malenka i niezniszczalna lustrzanka z calym arsenalem doskonalych obiektywow i akcesorii. Prawdziwa kamera systemowa, istny cud w rekach reporterow. A nowe OMy sa wizualnie dosc podobne do analogowych OMow, nie wiem tylko czy sa takie niezawodne?
    To jest dla mnie wazne, bo do fotografowania wystarczy tak jak 100 lat temu przyslona i migawka, miliony funkcji nie sa konieczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olympusy OM-D nie tylko wyglądają jak stare OM, ale też prezentują podobny styl działania. Według mnie są cyfrową kontynuacją tamtej serii. Pisałem już na blogu, że w połowie lat 80-tych, gdy fotografowałem Zenitem TTL poznałem Francuza, który co jakiś czas pożyczał mi swojego OM-1. To były nieziemskie wrażenia, i to nie tylko w odniesieniu do topornego Zenita. Wkrótce potem miałem już dostęp do różnych lustrzanek "światowych" marek i mało które z nich dorównywały Olympusowi. Równie dobrze fociło mi się tylko Pentaxami. Nie ujmując nic klasie Nikonów, Canonów, czy Minolt. Ale Olympusy i Pentaxy miały to "coś".
      Modele OM-D szczerze polecam. Nie kojarzę by zgłaszano jakoś szczególnie dużo problemów z nimi. Zresztą proszę poszukać na odpowiednich forach. Jest inna kwestia, konieczna do uwzględnienia: genialny serwis. ŻADEN inny producent sprzętu foto nie ma w Polsce tak chwalonego serwisu. Pewnie jakieś wpadki i im się zdarzały, ale mi w ucho i w oko nie wpadły. Za to widzę mnóstwo wysokich ocen za sprawność działania, skuteczność, podejście do klienta.

      Usuń
    2. Podobnie i ja, tez z poczatku byla Praktica z Tessarem. Olympus OM kupilem uzywany juz za granica, potem OM 2n a moim marzeniem byl OM4, ale byl wtedy jeszcze wysoko w cenie. Nawet teraz trudno go dostac w dobrym stanie za rozsadne pieniedze. Podobnie, a nawet jeszcze drozej jest ze starymi Nikonami z serii F, a szczegolnie ze szklami do Nikonow, kosztuja prawie tyle co nowe. Aparaty nieraz wygladaja jakby przezyly wojne, i kto wie, moze nawet jakis reporter wojenny nimi fotografowal? Ale dzialaja nadal precyzyjnie, lato w Afryce czy zima na Syberii :-) I trzymaja cene!
      Z Pentaxow mam tylko Spotmatica II, w Polsce bylo to moje marzenie, realniejsze od Olympusa OM.

      Usuń
  2. Ja akurat w Polsce nie mieszkam, ale mialem juz kontakt z serwisem Olympusa i tez bylo OK. Co jest jak na japonskie firmy fenomenem. Mialem z nimi profesjonalnie do czynienia. Problem? Ja o tym nigdy nie slyszalem, ty jestes pierwszy ktory to reklamuje! Szkolenie Koniki w Monachium - jak to nie slyszales, przeciez ja ci o tym juz od paru miesiecy pisze! I ja tez, i ja i ja - i okazuje sie ze wszyscy kursanci juz to reklamowali. Ale reakcji ze strony firmy nie bylo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Te wszystkie elektroniczne gadzety zwane aparatami fotograficznymi juz po paru latach beda wymagaly wymiany na nowe. /oprocz tych z najwyzej półki/. Ja po dzień dzisiejszy używam co prawda sporadycznie Nikona ft2 /średnia klasa/, działa świetnie. Aparat ma kolo 42 lat. Obiektyw 1,4/50 chyba jeszcze starszy. Migawka, przysłona działa, ustawianie na ostrość równiez. Aparat nigdy nie był w serwisie. Aparat wyjmuje z szafki i po prostu robie zdjęcia /czysta mechanika/. Ciekaw jestem czy wspołczesne aparaty, nawet te z najwyzszej półki po tylu latach beda nadal nadawały się do uzytku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie beda sie nadawaly, to pewne, bo teraz na jedna sesje zdjeciowa pstryka sie tyle zdjec co kiedys w roku. I dla pewnosci trobi sie po pare klatek na sekunde. Wczesniej filmy byly drogie i na filmie bylo 36 zdjec, ktorych obrobka tez kosztowala spore pieniadze. Terat tysiac zdjec nie kosztuje nic. Co do Nikonow F - ja mam takie hobby, kupuje stare analogowe aparaty i je naprawiam, juz wiele mi sie udalo naprawic lub tylko oczyscic, bo najczesciej tylko stare smary blokuja mechanike, ale zadnego Nikona F jeszcze nigdy osobiscie w srodku nie widzialem. Czytalem tylko ze w mechanice maja byc podobno miniaturowe lozyska, pracujace na sucho, tak ze nie straszne in nawet syberyjskie mrozy. Ale jakos mi sie do tej pory zaden z Nikonow F w rozsadnej cenie nie trafil, a wydawac duzo pieniedzy nie chce, bo zrobie zazwyczaj jeden testowy film a potem aparat idzie na polke.

      Usuń
  4. Dzisiaj pojawiły się w końcu oficjalne oferty cenowe (przedsprzedażowe z rabatem 10% i z terminem składania zamówień do 11 listopada, a później dopiero wysyłka) na OM-D E-M5 Mark III. Oprócz możliwości kupienia body (4851,-), można również nabyć z rabatem cztery różne kity z zoomami: 12-40/f2.8 PRO (7731,-), 14-150/f4-5.6II (6111,-), 12-200/f3.5-6.3 (7371,-) i z Pancake 14-42/f3.5-5.6 (5661,-). Ceny w PLN podałem po odjęciu rabatu, czyli tyle ile będzie do zapłacenia. Czy te obiektywy są tak fatalne, że wypychają je w kitach? Który z tych kitów (idąc na kompromis i wybierając obiektyw z najmniejszą ilością "grzechów głównych") warto byłoby jednak kupić, bo raz w zestawie wychodzi taniej (niż kupowane oddzielnie), a i mamy teraz dodatkowo 10% upustu (do 11 listopada)? Może jednak dać sobie na wstrzymanie (mogą być jakieś promocje jeszcze przed świętami)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. LINK do promocji (ceny przed odjęciem rabatu).

      Usuń
    2. Nie podejrzewam przedświątecznych promocji, skoro są jesienne - ta oraz wcześniejsze o których pisałem. No, może jeszcze wymyślą jakieś specjalne ceny na E-M1 II, ale to tylko moje gdybanie.
      Z tych czterech kitów, to mogą wypychać chyba tylko 14-150. On raczej średni jest, zwłaszcza przy długich ogniskowych. Miałem (co prawda pierwszą, ale tylko symbolicznie różniącą się wersję), nie polecam. 12-200 nie miałem okazji testować, ale wszystkie znane mi opinie mówią że to szkło lepsze jakościowo od 14-150. Olympus zrobił tu ciekawy myk, projektując bardzo przyzwoite 200 mm (rzadko superzoomy są dobre na długim końcu), a zapłacił za to spadkiem rozdzielczości w środku zakresu.
      12-40 to świetne szkło. No, niektórzy marudzą na zdjęcia pod światło. Jeśli potrzebny, a kasy starczy, to kupować!
      Pancake 14-42 podejrzanie dobry jak na swoją cenę i gabaryty. Tu jakiś jego teścik: https://www.imaging-resource.com/lenses/olympus/14-42mm-f3.5-5.6-ez-ed-m.zuiko-digital/review/

      Usuń
  5. Dzięki za podpowiedzi. Prawie jestem zdecydowany na kit:

    Body E-M5III + ED12-40/F2.8PRO (w promocji 10% i z dodatkowym akumulatorem): 7731,- . Kupowane oddzielnie poza promocją: 9780,-

    Do tego dwa dodatkowe szkła (z tego co wyczytałem ludzie je chwalą) z promocji do końca października ("600 taniej"):

    ED60/F2.8 Macro: 1699,- (poza promocją: 2299,-)
    ED75-300/F4.8-6.7 II: 1899,- (poza promocją: 2499,-)

    ... jak widać, ponad 3 tysie można zaoszczędzić i wydać na akcesoria ;-) , bo jak zobaczyłem ich ceny, to mi wara opadła (np. za plastikową osłonę przeciwsłoneczną na obiektyw: sto kilkadziesiąt PLN!). Wygląda na to, że w kitach i luzem kupowanych obiektywach Olympusa nie ma nawet przedniej osłonki obiektywu :-O - już by się nie wygłupiali i dodawali razem z osłonką przeciwsłoneczną. Takiej firmy nie stać na to?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do niektórych tanich / małych obiektywów w ogóle nie ma dedykowanych osłon, bo brak bagnetowego ich mocowania. Ale czasem mocowanie jest, a tylko producent przyoszczędza. Warto poszukać zamienników. W przypadku obiektywów Olympusa może nie być łatwo, gdyż nie są zbyt popularne, ale płacić za oryginalną osłonę więcej niż się zaoszczędziło na promocji to przesada.

      Usuń
    2. Niestety ED60/F2.8 Macro już wyprzedali w promocji. :(

      Usuń
  6. Niby w ABFOTO mają (w moim grodzie jest nawet ich sklep stacjonarny), jutro sprawdzę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pod artykułem http://foto-nieobiektywny.blogspot.com/2018/07/nikon-coolpix-p1000-trzy-metry-biezace.html?m=1 jako Anonim pytałem się o aparat na piesze/rowerowe wycieczki, upierałem się na kompakt. Na początku napaliłem się na Sony RX10 IV, ale gabarytowo troszkę krowa. Później już niemal kupiłem Canona G5 X II. Niemal. Poczekałem i dojrzałem do decyzji o aparacie ze zmiennymi obiektywami. I tak oto padł wybór na Olympusa E-M5 III + 12-200. A na początku roku dokupię jeszcze obiektyw Panasonic Leica DG Vario-Elmarit 8-18mm F2.8-4.0 ASPH i myślę, że jak na mnie to starczy w zupełności.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobry wybór. Ten 12-200 jest dość nietypowo zaprojektowanym superzoomem, bo piętę achillesową zaprojektowano mu nie na którymś z krańców (albo i obu), a w środku zakresu. Widać to w teście, który podlinkowuję, a rzecz potwierdziła mi osoba, która fotografuje tym obiektywem: https://www.imaging-resource.com/lenses/olympus/12-200mm-f3.5-6.3-m.zuiko-digital-ed/review/#fieldtest
    Szerokie uzupełnienie może się przydać. Któryś 7-14, ten Panas 8-18, olympusowski 9-18 albo np. malutka Laowa 7,5 mm.

    OdpowiedzUsuń