Zadzwonił
do mnie mój kolega z podziękowaniami za niespodziewanie dobrą radę. Kolega jest
początkującym fotoreporterem, złapał właśnie pierwszego poważnego klienta, dla
którego miał obfotografować jakąś konferencję prasową. Temat niby niezbyt
trudny, ale on uznał, że przed zleceniem warto poradzić się kogoś bardziej
doświadczonego. Cóż, podpowiedziałem, że warto poznać planowany przebieg
konferencji, miejsce gdzie będzie się odbywała, kto będzie w niej uczestniczył,
dopytać zleceniodawcę na jakich zdjęciach mu zależy, przemyśleć jakie zdjęcia i
z których punktów sali będzie wykonywał. W sumie poruszyłem kwestie banalne dla
zawodowca, warte jednak przemyślenia dla początkującego fotografa. Pod koniec
naszej rozmowy opowiedziałem mu historyjkę sprzed kilku lat, która mi się przypomniała.
Dwóch moich kolegów pracuje dla Wydawnictwa Sejmowego, ale czasami nie
wyrabiają się z robotą i proszą mnie o wsparcie. Któregoś dnia miałem im pomóc
w wykonaniu zdjęcia grupowego, a potem wykonać dokumentację fotograficzną
konferencji prasowej. Ze zdjęciem grupowym nam zeszło, bo grupa okazała się nie grupą, a tłumem i do „klasycznej” sali 101 dotarłem w ostatniej chwili, wchodząc razem z osobami,
które miały na konferencji wystąpić. Nie pchałem się więc do przodu,
postanowiłem, że zacznę z tyłu, ze zwyżki dla kamer. Najpierw ogólne ujęcie
sali z dziennikarzami. Źle, trochę pustawo, więc żeby ładniej wyglądało,
poprawiam ciaśniej. Teraz długim zoomem pojedynczo występujący posłowie i nieco
szerzej cała trójka. I wtedy wpada mi w ucho: „Są jakieś pytania?... Nie ma, to
dziękujemy”. JUŻ??? KONIEC??? Ja przecież dopiero zacząłem! Gdy później
przyjrzałem się exifom zdjęć, spostrzegłem, że cała konferencja trwała trzy
minuty, a kilka zdjęć wybranych przeze mnie dla Wydawnictwa, objęło okres dwóch
minut. Miałem mnóstwo szczęścia, że w tak krótkim czasie udało mi się zrobić zestaw ujęć jako tako
prezentujący przebieg konferencji.
Tę
historię zaserwowałem koledze, a on – jak mi później opowiedział – nie wziął
sprawy szczególnie do serca, bo wiedział że jego konferencja potrwa, lekko
licząc, pół godziny. Ale gdy już zaczął fotografować, to pomyślał, że co prawda
nie ma takiej potrzeby, ale dla treningu i „na jego (czyli moją – P.B.) intencję”,
spróbuje ekspresowo zrobić podstawowy zestaw zdjęć. No i przez kilka minut
uwijał się jak w ukropie, budząc uśmiechy politowania na twarzach pozostałych
dziennikarzy. Gdy już uznał, że ma to co trzeba i wystarczy tego ośmieszania
się… na sali zgasło światło. I to zgasło tak dokumentnie i nieodwołalnie, że
konferencję trzeba było przenieść do innego skrzydła budynku, gdzie jedyną
odpowiednio dużą salą była jakaś stołówka. Multimedialność konferencji diabli
wzięli, podobnie jak scenografię i przyzwoite oświetlenie. Na dokładkę, podczas
przeprowadzki połowa dziennikarzy ulotniła się, bo konferencja okazała się
niemożebnie nudna. I już naprawdę nie było czego fotografować… A kolega pobłogosławił mnie i swoją decyzję, żeby mimo braku jakichkolwiek wskazań ku temu, zrobić zdjęcia "na szybko".
Tak więc moja historia z Sejmu, okazała się wcale nie takim jednostkowym,
oryginalnym wydarzeniem. Takie sytuacje mogą, jak widać, występować częściej i
oczywiście zupełnie niespodziewanie. Jeśli więc tylko możemy, śpieszmy się
robić zdjęcia…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz