środa, 24 lutego 2021

TEST: Tamron SP 35 mm F/1.4 Di USD. Miał być wzorcem…

     Gdy przeglądałem aktualną ofertę obiektywów Tamrona, zaciekawił mnie fakt niemal zupełnej rezygnacji z wbudowywania w nie systemu stabilizacji obrazu VC. Jeszcze nie tak dawno Vibration Correction był w Tamronach powszechny, a niestabilizowane szkła były wyjątkami. Od mniej więcej trzech lat proporcje odwróciły się i wśród premier to optyka VC jest rzadkością. Wymyśliłem dwie przyczyny tego stanu rzeczy. Pierwszą jest spora liczba nowo prezentowanych obiektywów do bezlustrowców Sony. One w większości mają stabilizowane matryce, stąd stabilizacja optyczna nie jest konieczna. Drugą przyczyną jest tamronowska koncepcja wypuszczania optyki… hm… oszczędnościowej. Czyli nie f/2.8, a f/2.8-4, nie 16-35 mm, a 17-28 mm itp. Dzięki temu ograniczeniu ulegają gabaryty, ciężar i cena szkieł, a przy tym łatwiej uzyskać wysoką jakość obrazu. Nie muszę dodawać, że pozbawienie ich systemów stabilizacji optycznej też w tym pomaga. Jednocześnie – sądząc po opiniach w Internecie – takie „przycięte” obiektywy cieszą się uznaniem i popularnością. Czyli pomysł okazał się trafiony.

     Wśród Tamronów znalazłem jeden niestabilizowany, który nie łapie się do żadnej z tych kategorii. Nie jest on ani „ściemniony”, ani „przycięty”, ani „bezlusterkowy”. To klasyczna trzydziestkapiątka ef-jeden-cztery dostępna z lustrzankowymi mocowaniami Canona i Nikona. Wyróżnia się ona też, nietypową, bo skromną i krótką nazwą. Tamronowskie obiektywy od dawien dawna ociekały mnóstwem dodatkowych symboli, a tu mamy tylko SP, Di i USD. Aż podejrzane, prawda? Wyjaśnienie tych wyjątkowości kryje się w informacji prasowej. Tamron zafundował sobie to szkło na 40. urodziny serii SP, który to skrót przez lata rozszyfrowywałem (zresztą nie tylko ja) jako Super Performance, gdy w rzeczywistości chodzi o Superior Performance. A jak urodziny, to szalejemy! Nie wiem czy zauważyliście, ale to pierwszy w historii tak jasny obiektyw Tamrona. Po drugie, zaprojektowany został on tak, by być wzorcem jakościowym pod każdym względem. Po trzecie, wcale nie okazuje się kosmicznie drogi. Znaczy, już się nie okazuje, bo gdy startował z cenę sugerowaną – jak kojarzę – 4700 zł, nie wróżono mu powodzenia. Bo choć oryginały Nikona i Canona były znacznie droższe, to świetna i o ugruntowanej pozycji na rynku Sigma 35/1.4 ART kosztowała wówczas ponad tysiąc złotych mniej. Jednak po półtora roku od premiery sklepowej Tamron zjechał do 3200-3300 zł, podczas gdy Sigma prawie nie staniała. Tak więc, biorąc pod uwagę egzemplarze pochodzące z polskiej dystrybucji, obiektywy kosztują teraz tyle samo.

     Nie mogłem więc sobie nie zadać pytania: czy ten Tamron rzeczywiście błyszczy tak mocno, by można go było nazywać wzorcową trzydziestkąpiątką? Uznałem, że wypadałoby na to pytanie odpowiedzieć, więc go przetestowałem, a was zapraszam teraz do przeczytania co z tego testu wynikło.

wtorek, 9 lutego 2021

Royal Photographic Society otwiera archiwa

     Perełka, a wręcz garść pereł! Królewskie Towarzystwo Fotograficzne udostępniło skany numerów swojego czasopisma. Wszystkich numerów poza najnowszymi, czyli tymi z ostatnich trzech lat. Oznacza to możliwość zajrzenia w bliższą i dalszą historię fotografii. Ba, nawet prehistorię, gdyż The Journal of the Photographic Society of London (tak brzmiał pełny początkowy tytuł) zaczął być wydawany w roku 1853. To u nas były czasy pierwszej lampy naftowej i otwarcia przez Wedla fabryki czekolady. A fotograficznie w Wielkiej Brytanii? Żył jeszcze William Fox Talbot, emocje wzbudzał świeżo wynaleziony proces kolodionowy (czyli mokra płyta), a ważący 9 funtów aparat chwalono za „extreme lighteness and portability”.  

     Ale tak jak jak i dziś, na spotkania klubowe przynosiło się własny sprzęt, by pochwalić się przed kolegami. Na zebraniu Towarzystwa 21 kwietnia 1853 roku zaprezentowanych zostało 14 aparatów. Panowie Clark i Elliott pokazali aparaty składane (po polsku: field camera J), trzech dżentelmenów aparaty z kompletną ciemnią wewnątrz nich, a czterech innych modele zawierające kasety na większą liczbę arkuszy papieru fotograficznego. W przypadku jednego z aparatów nawet pięćdziesięciu (!), a gdy przewodniczący zebrania (wice-prezes Photographic Society, Sir William J. Newton) zapytał czy dobrze usłyszał liczbę możliwych do wykonania zdjęć, odpowiedziano że może być ich nawet więcej niż 50,  ograniczeniem jest wyłącznie długość dnia. To były czasy!

     Publikuję ten artykuł po przejrzeniu ledwie trzech najstarszych – fascynujących! – numerów pisma. Kolejne z pewnością są równie ciekawe, więc zapraszam was do czytania i oglądania. Ale uprzedzam, że jeśli liczycie na zdjęcia, to nie szukajcie ich w numerach wcześniejszych niż z końcówki XIX wieku. LINK DO ARCHIWUM

wtorek, 26 stycznia 2021

THE ONE. W Sony numerki się pomyliły?

     Widać ugryzienie EOSem R5 mocno zabolało Sony, skoro zdecydowało się na ruch taki jak dziś. Dwie osobne linie wyrafinowanych bezlustrowców, filmujących A7S i wysokorozdzielczych A7R, są już passe. Teraz rządzić ma jeden aparat – The One. Po polsku: A1, formalnie Alpha 1. Sony wrzuciło do niego wszystko co miało najlepszego, a nawet więcej. Choć to zdecydowanie ewolucja, a nie rewolucja. Tę widać w numeracji. W Sony od dawien dawna wyższy numer oznaczał bardziej zaawansowany model, a tu taka odmiana! Racja, był Sony R1, z tym że on nie miał „rodzeństwa”. Jeśli szukam głębiej w historii, to dopiero w połowie lat 70-tych ubiegłego wieku trafiam na XE-1 „wyższe” od XE-5. Były takie Sony? Skądże, mam na myśli Minolty! W ten sposób Sony swoim nowym flagowcem wraca do głęboookich korzeni. OK, a co z pniem i gałęziami – one są przecież znacznie ważniejsze. Racja, już piszę.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

TEST… nie, tylko teścik: Sony A7C. Nie każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

     Gdy wypożyczałem aparat do niedawnego testu Samyanga 14 mm f/2.8 FE, Sony proponowało mi model postawiony wysoko w hierarchii, ale ja uparłem się właśnie na A7C. Wybrałem „gorsze” oczywiście po to, by sprawdzić jak naprawdę rzeczy się mają z tym chyba najbardziej kontrowersyjnym ostatnimi czasy bezlustrowcem Sony. Marudzenia nad nim ciągną się od samej premiery jesienią zeszłego roku: że nieergonomiczny, że drogi, że wizjer do luftu…

     Sam też wypowiedziałem się wówczas w temacie, jednak mój artykuł bazował wyłącznie na oficjalnych danych oraz wstępnych ocenach osób, które już miały do czynienia z A7C. Zauważyłem wtedy świeże powiewy w konstrukcji, wyraziłem wątpliwości co do kilku rozwiązań, lecz całościowo oceniłem aparat pozytywnie. Teraz miałem okazję używać go ze trzy tygodnie, więc dowiedziałem się o nim znacznie więcej.

     Więcej dobrego, czy więcej złego? Nie umiem tego jednoznacznie ocenić. Pewne potencjalne wady pogłębiły się, inne okazały się nieistotne. Niektóre ewidentne pozytywy przestały błyszczeć, z kolei inne uwypukliły się. Dobra, wystarczy tego podsumowania, to przecież początek artykułu, a nie koniec. Czas na konkrety.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

K2 zdobyte!... w cieniu Sony.

    Gratulacje chłopaki! Podziwiam za kawał solidnej alpinistycznej roboty, za wprowadzenie na tak trudny szczyt aż 10 ludzi i udane zejście wszystkich do „trójki” po 20 godzinach od startu. 
     Szacun także za ukłon w stronę następców, którym umożliwiliście dokonanie pierwszego „prawdziwego” zimowego zdobycia K2, czyli bez tlenu. Lub jeszcze bardziej stylowo, na przykład w klapkach i z piwem w ręku.
     Inna sprawa, że tak bezczelnego lokowania produktu dawno nie widziałem ☺

czwartek, 14 stycznia 2021

TEST: Samyang AF 14 mm F2.8 FE

     Samyang od kilku lat kroczy drogą wbijania się z trzeciej do drugiej ligi producentów obiektywów. Wbijania się bardzo skutecznego. Z początku był kojarzony głównie z tanimi szkłami supertele, w rodzaju 500 mm f/8, potem pojawiły się rybie oka pod APS-C i Micro 4/3, a następnie już normalniejsze, choć nadal krótkoogniskowe, jasne stałki. No dobrze, zdarzyło się 100 mm i 135 mm, ale one okazały się jednorazowymi wybrykami, bo później Samyang nie wyskoczył ponad 85 mm. 

     Tyle, że wszystko to były obiektywy bardzo mechaniczne, bez jakiejkolwiek komunikacji z aparatem. Żadnych elektrycznych styków, żadnych popychaczy przysłony, tylko goły bagnet. Wreszcie z pięć lat temu Samyang wszedł w zaawansowaniu o poziom wyżej, i to w dwóch aspektach. Po pierwsze pojawiło się pełne połączenie z aparatem, zarówno elektroniczne, jak i mechaniczne. Czyli styki dla przekazywania danych w jedną i drugą stronę oraz do sterowania przysłoną, ewentualnie dźwigienka / popychacz, jeśli przysłona miała być przymykana mechanicznie. Po drugie, autofokus, czym Samyang różni się od trochę później startującej Laowy. Ona nadal tkwi w manualach, a przy tym stara się prezentować szkła wyjątkowe, bądź wręcz rekordowe pod względem kombinacji parametrów – ogniskowa, jasność, skala odwzorowania itd. Samyang działa nieco bardziej konserwatywnie, a przy tym nie waha się wypuszczać obiektywów jakich na rynku jest zatrzęsienie. Przykładem choćby ostatni 35 mm f/1.8 oraz spory wybór portretówek 85/1.4. 

     Właśnie, to kolejna cecha jego oferty: mnóstwo wersji pozornie podobnych szkieł. Tych czternastek lub osiemdziesiątekpiątek jest tyle, że czasem trudno się połapać która jest która. Ale bez paniki! Trochę poczytamy i pooglądamy zdjęcia obiektywów, i orientujemy się która wersja to manual focus, która premium manual focus, która auto focus i do jakich aparatów da się je podłączyć. Przy tym każde mocowanie często oznacza nieco inną nazwę obiektywu, co niesamowicie zwiększa liczbę modeli Samyanga w sprzedaży. Gdy zajrzałem na Ceneo, znalazłem tam około setki Nikkorów, tyle samo szkieł Canona, dwa razy tyle Sigm, a Samyangów… ponad 400! A samych jego czternastek w różnych odmianach, wersjach i mocowaniach, aż 40! Robi wrażenie, prawda?

     Tyle przydługiego wstępu, przechodzę do testu. Trochę mi głupio, bo uświadomiłem sobie, że do tej pory nie miałem na warsztacie żadnego Samyanga. Znaczy, na blogu, bo dawno temu dla Foto testowałem APSowe rybie oko 8 mm, nota bene bardzo udane. Teraz wymyśliłem sobie przestrzelanie jakiejś mocno szerokiej, ale jednak rektalinearnej, stałki. Zresztą jasne, że stałki, bo do zoomów Samyang jeszcze nie dojrzał. Padło na 14 mm f/2.8 z mocowaniem Sony FE.

wtorek, 24 listopada 2020

Panasonic i AF z detekcją fazy? A jednak!

     Niektórzy prychną: no, wreszcie ktoś zmądrzał! Inni wyrażą się mniej brutalnie: tego można się było spodziewać! Ja posunę się dalej, pisząc: trochę szkoda! Bo, muszę przyznać, podobała mi się elegancja czysto software’owego autofokusa, i bardzo liczyłem że Panasonic przy nim pozostanie. Oczywiście ulepszając i usprawniając swój system ostrzenia DFD (Depth From Defocus), który – nie ma co kryć – ustępuje autofokusom z detekcją fazy. Możliwości rozwoju były, o jednej z jego dróg (system ToF – Time of Flight) wspominałem na blogu. Wychodzi jednak na to, że Panasonic zmienia koncepcję i wchodzi w detekcję fazy. Na razie jest to jedna, krótka informacja z anonimowego źródła, niemniej szczegóły wyglądają interesująco.

czwartek, 19 listopada 2020

ZA DUŻE akumulatory. To jest myśl!

     Od zawsze fascynowała mnie umiejętność wypromowania i sprzedawania bubla jako produktu najbardziej pożądanego. Spaprali farbowanie materiału? O, to właśnie jest najmodniejszy kolor spodni! Dach wyszedł krzywo? Tak budują teraz wszyscy celebryci! Pomylili się o jedno zero w recepturze płatków śniadaniowych? Przecież smak siana to jest to, co uwielbiają wszystkie dzieci!

     W ten właśnie sposób powstały akumulatory, które firma X-TRA właśnie próbuje przepchnąć przez Kickstartera. Cóś im nie pykło w obliczeniach, akumulatory okazały się za długie i wystają centymetr z przeznaczonych dla nich gniazd w gripach aparatów. I co, poprawili projekt? Skądże, przecież TAK MA BYĆ! Dorobili ideologię, dołożyli gniazdo USB i jakieś LEDy, a teraz wciskają to ludziom za grube pieniądze. Znaczy, chcą wcisnąć. I liczę że wcisną, bo to naprawdę świetny pomysł!

wtorek, 17 listopada 2020

Kolejne nowe szkiełka. Całkiem ciekawe.

     Z nowymi aparatami bywa różnie: raz powódź, raz posucha. Natomiast obiektywy pojawiają się regularniej. Z pewnością nie leją się strumieniem, raczej ciurkają, ale ten ciurek jest dość równy. Jasne, czasem znajdzie się w nim więcej premier wirtualnych, czy też jedynie zapowiadanych, niż realnych, niemniej jest o czym pisać. Dziś wspomnę o szkłach ogłoszonych / zapowiedzianych całkiem oficjalnie w ciągu ostatnich kilku tygodni.

piątek, 23 października 2020

TEST: AF-S DX NIKKOR 18-140 mm f/3.5-5.6G ED VR – taki zwykły superzoom

     Odczekałem do pierwszych jesiennych chłodów, by zaprezentować ostatni z moich tegorocznych testów superzoomów, traktując tę publikację jako przedłużenie wakacji. Bo po raz kolejny powtórzę się pisząc, że wakacje to na moim blogu czas testów superzoomów. Zresztą nie tylko u mnie. Oraz nie tylko testów, ale i „testów”. Gdy na początku sierpnia zgłosiłem w Nikonie zapotrzebowanie na sprzęt, pierwszą odpowiedzią było że „nie wiem czy znajdziemy, bo niby wszyscy teraz odpoczywają, ale sprzęt demo wymiotło nam z magazynów”. Nic dziwnego, gdy już się jedzie na urlop, warto wziąć ze sobą jakiś fajny aparat i obiektyw. Czasem naprawdę do przetestowania w ciekawszych niż na co dzień plenerach, czasem po prostu do wakacyjnego fotografowania. Stąd różni krewni i znajomi królika od czerwca dobijają się do przedstawicielstw i krajowych oddziałów producentów sprzętu foto być i dla siebie coś wyrwać.

Ja miałem szczęście, dostałem co chciałem.

czwartek, 15 października 2020

Nowe aparaty – nie tylko burza w szklance wody

     Tydzień temu obiecałem napisać kilka zdań o świeżo ogłoszonych cyfrówkach, bądź takich których premiery są dopiero planowane. Niekoniecznie w najbliższej przyszłości. Czekałem jednak z publikacją tekstu na oficjalnie zapowiedzianą premierę następców Nikonów Z6 i Z7. Raz, żeby o nich napisać, dwa, żeby zobaczyć co się wykluje przy okazji. Bo wiadomo, jeśli Nikon z czymś wyskakuje, to konkurencja musi pokazać że nie śpi. Rzeczywiście, nie spała. Jednak po kolei.

środa, 7 października 2020

Moim okiem: Kilka nowych obiektywów

     Nowych i ciekawych. Pojawiły się one w ostatnich tygodniach, czasem w formie oficjalnych premier, czasem oficjalnych zapowiedzi, a niekiedy zapowiedzi nieoficjalnych. Choć niektóre z tych ostatnich pochodzą wprost od przedstawicieli producentów sprzętu foto, którym całkiem niechcący coś się wypsnęło. Poza tymi niektórymi pojawiły się też całkiem nieoficjalne zapowiedzi nowości – plotki, pisząc wprost. Czasem oparte na poważnych podstawach, czasem widać, że zostały wyssane z palca, innym razem aż trudno dociec poziomu ich prawdziwości. Tak czy inaczej, warto o tych nowościach wspomnieć.

poniedziałek, 28 września 2020

TEST: Canon RF 600 mm f/11 IS STM – nie taki diabeł straszny…

     …jakim go namalowałem w dyskusji pod artykułem napisanym tuż po premierze canonowskich superciemnych supertele RF 600/11 i 800/11. Jeśli nie chce wam się tam zaglądać, streszczę: póki światła dużo, nie będzie problemów, a jeśli ciut mniej, to zakres zastosowań gwałtownie spada. Producent rzecz jasna o tym nie informuje, a potencjalni chętni na tanie supertele często nie zdają sobie sprawy co znaczy połączenie ogniskowych 600 / 800 mm i jasności (ciemności) f/11. To rodzi u mnie pewność, że wkrótce pojawi się spore grono byłych, krótkotrwałych użytkowników wieszających psy na tych obiektywach. Może warto by ich ostrzec, czy lepiej: uświadomić? 

     Stąd prosta droga do pomysłu przetestowania któregoś z nich. Obiektywów, znaczy, nie użytkowników. Przetestowania by pokazać co się nimi da fotografować, a czego lepiej unikać. A może, ale to tkwiło wyłącznie głęboko w mojej podświadomości, by zorientować się że zupełnie nie mam racji, i współcześnie kombinacja supertele i światła f/11 jest w pełni użyteczna w każdych warunkach. Plus oczywiście sprawdzić jak obiektywy wypadają pod względem jakości tworzonych zdjęć. Wiecie, rozdzielczość, winietowanie, aberracje itd. Takie tam technikalia, które może też kogoś zainteresują.

     Było mi właściwie wszystko jedno, który z tele-bliźniaków przetestuję. Trafiła mi się „sześćsetka”, do tego na króciutko, gdyż wcisnąłem się Canonowi między jakieś dwa długoterminowe wypożyczenia. Tak więc 600 mm – niestety! – w towarzystwie klasycznego EOSa R, a nie któregoś z najnowszych Canonów R5 / R6. Nie dało się, na razie kolejka do ich przetestowania jest zwarta i dłuższa niż stąd do wnętrzności, jak mawiał pewien CK chirurg. Grünstein, czy jakoś tak.

     Jest jak jest, czas napisać co też ten obiektyw potrafi. A czego nie. Zapraszam!

środa, 16 września 2020

Sony A7C – krok w bok. Zasadniczo.

     Gdy szmat czasu wstecz Canon pokazał swego małoobrazkowego bezlustrowca dla ludu, czyli EOSa RP, innym takie pomysły jeszcze nie postały w głowach. Oni walczyli wówczas o pozycje na wyższych półkach. Dopiero teraz rozsypał się worek – no, woreczek – z budżetowymi ;-) modelami. Objawił się Nikon Z5, po nim Lumix S5, a skoro Panasonic zadziałał, to i Sony musiało. 
     Gdy przed napisaniem artykułu przyjrzałem się co na jego temat napisali i nakręcili ci, którzy mieli już okazję nim się pobawić, wywnioskowałem że to jakieś dziwadło. Że koncepcja jaką Sony przygotowało na model z niżej półki, jakby nie zdążyła wyewoluować do końca. Zamiast motyla ukazała się poczwarka, czy lepiej: jakaś sklejanka pomysłów i koncepcji. Przyszedł mi nawet na myśl prototyp praczłowieka, który nie wszedł do masowej produkcji (Tytus, Romek i A’Tomek, księga X – to ta z mielolotem). Wyczytałem, że elementy nowe i pomysłowe połączono z koncepcjami znanymi z „niższych” modeli, a kontynuację świeżych trendów osłabiono kastracją w innych miejscach. Czekałem aż ktoś wymyśli (i wyartykułuje), że C pochodzi od castration, jednak do tego nie doszło. W każdym razie ja nie trafiłem na taką koncepcję. Oj, poznęcali się dziennikarze, blogerzy i vlogerzy nad tym A7C… Ale jeśli uważacie, że w tym wstępie zawarte jest podsumowanie najnowszej premiery Sony, to się grubo mylicie. Moje podsumowanie brzmi bowiem: ten aparat mi się podoba! A skoro podsumowałem, to najwyższa pora coś o nim napisać. Tym razem od siebie. 

czwartek, 3 września 2020

Panasonic Lumix S5 – przyjaźniejszy, prostszy, tańszy. Tańszy?!


     Taki normalny po prostu. Planując i projektując Lumixy S1, S1R, a potem S1H, Panasonic chciał, czy nawet bardziej musiał, wybić się i pokazać, że i on umie w pełną klatkę. Pokazał, a pod wieloma względami wybił się. Teraz może więc wypuścić zwykły, porządny aparat, bez wodotrysków i cudów-wianków. Mały obrazek dla szarego, ale wymagającego fotoamatora. Takiego, który może nie potrzebuje dużo, ale wie czego chce.
     Poczytałem od wczoraj trochę o tym najnowszym Lumiksie, a im dłużej czytałem i im głębiej wnikałem we – wcale nie tak bardzo skomplikowane – szczegóły jego budowy, idei i możliwości, tym bardziej mi się on podobał. Aż na koniec uznałem go za konstrukcję fajniejszą niż wszystkie trzy – niewątpliwie lepsze i poważniejsze – wcześniejsze.

czwartek, 13 sierpnia 2020

O filmowaniu. Dziś dawka podwójna.


     W tym artykule moja jest tylko zajawka, a reszta już niezbyt mojego autorstwa. Wręcz całkiem nie mojego. Tradycyjnie wspieram się Amadeuszem Andrzejewskim, który w ostatnich dniach opublikował na YouTube dwa ciekawe materiały dotyczące aż trzech aparatów. Pierwszy to test filmowych możliwości Fuji X-T4, a drugi jest pogadanką (to określenie Amadeusza) o ideologicznych różnicach pomiędzy pełnoklatkowymi filmowymi potworami – Panasonikiem S1H i Sony A7S III. Na amadeuszowe testy tych dwóch musimy jeszcze poczekać, teraz warto wysłuchać jak je „czuje” i rozumie. Albo i nie rozumie. Zapraszam!



niedziela, 9 sierpnia 2020

TEST: Canon RF 24-240 mm f/4-6.3 IS USM. Wakacje? Czyli test superzooma jak znalazł!

     Jak to u mnie na blogu, czas okołowakacyjny oznacza zwiększone prawdopodobieństwo pojawienia się testów tego typu obiektywów. W takich okolicznościach właśnie superzoom najbardziej mi pasuje, więc wykorzystuję własne wyjazdy by protestować ulubione szkła. Oczywiście zdaję sobie sprawę że inni w analogicznych sytuacjach wolą plecak stałek lub kieszonkowego kompakta. Rozumiem ich, ale naśladuję tylko czasami i jedynie połowicznie. Znaczy, gdy zdarza mi się zabrać na wakacje jedynie kompakta, bo z plecaka stałek na wakacje już wyrosłem.

     Tym razem kompakt – choć wcale nie kieszonkowy – stanowił jedynie wyposażenie awaryjne, a podczas wakacyjno-testowego wyjazdu fotografowałem jedynie Canonem EOS R z przymocowanym na stałe tytułowym zoomem. Wiem, do takiego spacerowego szkła lepiej pasowałby EOS RP. Tak się jednak złożyło, że jego wykorzystałem rok temu podczas testu zooma RF 24-205 mm f/4L IS USM. Tym razem chciałem więc pofotografować poważniejszym modelem. Przy okazji podrzucam jeszcze jeden LINK, dotyczący superzooma już przetestowanego przeze mnie w tym sezonie wakacyjno-wyjazdowym, olympusowego M.Zuiko 12-200 mm f/3.5-6.3.
     Teraz zapraszam do testu canonowskiego szkła, do którego zdjęcia pochodzą ze świeżo (i za późno) odkrytej przeze mnie pięknej Suwalszczyzny. Szeroko pojętej, wręcz bardzo szeroko, więc nie zdziwcie się widząc kadry choćby z Druskiennik.

wtorek, 28 lipca 2020

Sony A7s III – wszystko co lubią (filmujące) tygrysy



Źródło: Sony
     Bogate tygrysy, zaznaczę od razu, bo Sony nieźle zaszalało z ceną sugerowaną, która w Polsce przekroczy 19 tysięcy złotych. Ale też do specyfikacji aparatu trudno się przyczepić. No, chyba że ktoś się spodziewał rozdzielczości powyżej 4K. Nic z tego, jednak przy 4K mamy 100 klatek/s, więc trochę osłodzono owo rozczarowanie. Zresztą nie tylko tym.

poniedziałek, 27 lipca 2020

Wystarczy na chwilę wyjechać, czyli wakacyjne nowości


Źródło: Nikon
     Znika człowiek na dwa tygodnie z obiegu, a tu nowości walą jedna za drugą. Przy tym nowości całkiem ciekawe, a czasem będące zapowiedzią jeszcze ciekawszych. Na dodatek towarzyszą im wielce interesując plotki. Ale o nich nic, ani słowa! Skupiam się na tym co w ciągu ostatnich dwóch tygodni zostało zapowiedziane całkiem oficjalnie.

piątek, 17 lipca 2020

Canon – i wszystko ciemne! – czyli nowe obiektywy RF


     Tydzień temu, pisząc artykuł o nowościach Canona poruszyłem wyłącznie kwestię EOSów R5 i R6, i „nie rozcieńczałem” tematu sprawą ogłoszonych jednocześnie obiektywów. Wypadałoby jednak i o nich wspomnieć, szczególnie że między nimi znajdziemy ciekawe okazy. Należą one do dwóch ważnych klanów optyki RF: tego skupiającego szkła ponadnormatywnie jasne oraz drugiego, artykuł o którym zatytułowałam kiedyś Ciemno – ciemniej – Canon.