wtorek, 26 stycznia 2016

TEST: Panasonic GX8, daj się przetestować!



    W teście Panasonica GX7 z jesieni 2014 roku (LINK), opisałem go jako dobry wstęp do dalszego rozwoju wielce obiecującej serii bezlusterkowców, łączących w sobie wyrafinowanie Lumixów GH i kompaktowość GF. Premiera Panasonica GX8 i jego dane katalogowe ucieszyły mnie, bo potwierdziły zarówno moje oczekiwania względem rozwoju serii GX, jak i typowania co do zawartości aparatu. No i świetnie! Teraz wypadałoby sprawdzić, czy w praktyce wygląda to równie pięknie.

     Po pierwsze, wygląda efektowniej i poważniej. Mówiąc wprost, to wielka cegła! Choć jeśli ktoś nie ma na co dzień do czynienia z bezlusterkowcami μ4/3, a z lustrzankami, to może tego nie odczuć. Sygnałem, że to duży aparat, może być stosunek jego wielkości do dołączonego zooma standardowego. 12-35/2,8 pasuje jak ulał, ale 14-42 już wygląda na za mały, a 12-32 wręcz znika przytłoczony przez aparat. Gdy postawimy GX8 obok któregoś Olympusa, to już dobrze widać że to inna klasa gabarytów. A w porównaniu z braćmi z serii GM, to wręcz potwór! Zresztą, co ja się będę rozpisywał. Spójrzcie na zestawienie poniżej, które wykonałem dzięki portalowi camerasize.com.

GX8 to duży aparat, mogący uchodzić za cyfrówkę APSC, a może i małoobrazkową.
Jednak gdy nie możemy bezpośrednio odnieść jego gabarytów do konkurencji,
wrażenie znacznych rozmiarów zanika.
 Całe szczęście, Panasonic nie wymyślił dla GX8 ceny proporcjonalnej do gabarytów.
Kupić go można za 4700 zł, czyli za tyle samo co Olympusy E-M1 i E-M5 II
oraz Panasonica GH4. To dobrze wyceniony aparat.

      Patrząc na to zagadnienie z drugiej strony, trudno mi sobie wyobrazić, że ten Lumix mógłby być mniejszy. Tam naprawdę nie ma jak zaoszczędzić na wymiarach. Duży wizjer plus ekran na przegubie powodują, że na tylnej ściance wcale nie pozostaje dużo miejsca. Według mnie jest go nawet za mało. W aparacie tej klasy zdecydowanie wolałbym, by nawigator i sąsiadujące przyciski były większe. Zwłaszcza zimą, przy fotografowaniu w rękawiczkach.

     Na zdjęciu obok widać wiele elementów aparatu, ale podpis przy nim poświęcę wizjerowi, bo jest tego wart. Technologia OLED, to pierwsze. Druga rzecz, to wysoka rozdzielczość 2,36 mln pikseli. I trzecia, powiększenie obrazu wynoszące aż 1,54×. To przecież odpowiada małoobrazkowemu powiększeniu 0,77×! Kojarzę tylko dwa aparaty lepsze pod tym względem: Sony A7R/S_II. One mogą poszczycić się powiększeniem aż (aż?) 0,78×.

     Ale już góra aparatu jest dobrze zwymiarowana. Dwupiętrowe pokrętło automatyk / korekcji obsługuje się bardzo wygodnie, podobnie jak dwa pokrętła zmiany wartości funkcji. Przycisk w środku tego tylnego, analogicznie do olympusowskiej dźwigienki „1/2”, służy zmianie ustawianych przez pokrętła funkcji. Standardowo służą one oczywiście do ustawiania czasu i przysłony, ale wciśnięcie przycisku daje dostęp do dwóch funkcji wybranych z 16 możliwych. A to zaledwie drobna część customizacyjnej potęgi tego Lumixa. Aż mnie ścięło, gdy w menu zobaczyłem ile GX8 ma definiowalnych klawiszy. 13! Nieźle, co? Do tego dochodzi podręczne Q.MENU zawierające 10 wybranych przez nas funkcji. Plus oczywiście dotykowy ekran, z moją ulubioną, specyficzną dla Panasoniców funkcją, czyli dotykowym ustawianiem położenia pola ostrości na ekranie, w czasie gdy kadrujemy przez wizjer.

Duże tylne pokrętło sterujące do spółki z piętrowym pokrętłem
automatyk / korekcji, wykopało z aparatu wbudowany flesz.
Drugi minus, to ten że założona na sanki lampa uniemożliwia
pełne odchylenie do góry wizjera. 
     Prawa i lewa strona aparatu pokryte są mało poślizgową niby skórą. To nie to co porządna guma w najlepszych lustrzankach, ale narzekać mogę tylko na odczucia, a nie na wyślizgiwanie się Lumixa z dłoni. Choć przyznaję, że uchwyt mógłby bardziej wystawać z korpusu. Korpusu – nie mogę nie uzupełnić – metalowego (poza dolną pokrywą) i uszczelnionego. To dopiero trzeci, po GH3 i GH4, uszczelniony bezlusterkowiec Panasonica. Pewnym negatywnym skutkiem owego uszczelniania była konieczność zastosowania gumowej klapki gniazd po lewej stronie aparatu. Przyzwyczaiłem się do typowych dla Panasoniców wygodnie otwieranych, sztywnych plastikowych drzwiczek, a tu trafiłem na gumę. Cóż, uszczelnienie drzwiczek nie byłoby łatwym zadaniem.

Karta pamięci w komorze akumulatora? Trochę wstyd w tej klasie
aparatów. Dobre choć to, że nawet duża płytka statywowa
nie przeszkadza w otwieraniu komory.
     Funkcji i trybów działania nie brakuje. Z ewidentnych nowości na pewno trzeba wymienić filmowanie 4K, które uznawane jest za jedną z najmocniejszych stron GX8. Piszę „uznawane”, gdyż żaden ze mnie fachowiec od obrazów ruchomych, więc nie zamierzam się w temacie wymądrzać. Film rejestrujemy przy 25 albo 24 klatkach/s, aparat ma wyjście na zewnętrzny mikrofon, ale na słuchawki już nie. Drugim ustępstwem z najwyższego poziomu, jest niemożność nagrywania filmu na zewnętrznym rekorderze. Nie brakuje jednak ręcznego sterowania wieloma parametrami: od automatyki naświetlania począwszy, poprzez tryby barw, filtry efektowe, „inteligentne” dynamikę i rozdzielczość, aż po ręczną regulację poziomu nagrywania audio i zebrę. A, tryb filmowania 4K możemy wykorzystać do rejestracji szybkich serii zdjęć o rozdzielczości 8 Mpx.
     To tylko drobny fragment chluby Lumixa GX8, jaką są jego zdjęcia seryjne. Przy użyciu migawki szczelinowej potrafi strzelać 8 klatek/s. Niby żadna rewelacja, ale w tym trybie może on zapisać liczbę JPEGów ograniczoną jedynie pojemnością karty. Oczywiście jeśli tylko ta jest odpowiednio szybka – ja sprawdzałem na SanDisku z zapisem 90 MB/s. A RAWy? 40 w serii, więc też bardzo dobrze. I to wszystko bez umiejętności korzystania ze standardu UHS-II. Miła niespodzianka spotkała mnie po przełączeniu się na migawkę elektroniczną. Wówczas producent obiecuje przyśpieszenie serii do 10 klatek/s, a mi w teście jak nic wychodziło 13 klatek/s. Tylko się cieszyć!
     Stabilizacja obrazu korzysta a najbardziej zaawansowanego obecnie rozwiązania, redukowania rozmazań obrazu ruchami zarówno matrycy, jak i służącemu temu celowi członowi obiektywu. Po panasonicowemu system ten nazywa się Dual I.S. Żeby to jednak działało, do GX8 trzeba dołączyć współpracujący z tym systemem obiektyw. Bo nie wszystkie to umieją. Mam na myśli optykę Panasonica, bo na Dual I.S. z olympusowymi obiektywami nie mamy szans. O wynikach działania stabilizacji jeszcze napiszę.

Zbyt szeroki zakres tonalny kadru możemy poskromić HDRem,
ale często wystarczy delikatniejsze działanie trybem iDynamic.
Dba on o także zachowanie szczegółów w światłach,
choć w tym wypadku więcej uwagi poświęcił cieniom zdjęcia. 
     Z ciekawszych spraw dotyczących możliwości działania aparatu, wspomnę o automatykach naświetlania. Na górnym pokrętle znajdziemy tylko symbole PASM, więc pozornie GX8 nie został skażony programami tematycznymi. Ale i one są obecne, choć działają wyłącznie po aktywacji pełnej automatyki iA. I nie możemy ich samodzielnie wybierać – robi to za nas ta automatyka.
     Wśród funkcji GX8 znajdziemy intervaltimer z montażem filmów poklatkowych w aparacie oraz wielokrotną ekspozycję. Jeśli i to nie wywołuje u oglądających nasze zdjęcia Efektu Wow!, możemy wspomóc się filtrami efektowymi, których znajdziemy ze dwa tuziny.
     Brakuje mi GPSa, ale jest WiFi i NFC. Wywoływanie RAWów w aparacie? Proszę bardzo!
     Obok typowych funkcji służących do obniżania kontrastu, czyli iDynamic oraz 3-klatkowego HDRa, mamy możliwość krzywienia krzywej naświetlania. Wyginać ją możemy w dwóch przedziałach (jasne i ciemne partie kadru), a zakresy regulacji są naprawdę spore. A nawet za duże, bo w teście wyszło, że np. rozjaśnianie świateł wpływa nie tylko na średnio jasne i mocno jasne części obrazu, ale też na najwyższe światła. Jak wpływa? Przepalając je. Korzystając z tej funkcji warto więc uważać, by nie prze… giąć krzywej za bardzo.

A może by tak pogiąć krzywą naświetlania? Można, a dostępny zakres tych działań
jest naprawdę spory. Lewe zdjęcie zostało wykonane bez korekcji kształtu krzywej.
Przy środkowym wygiąłem w dół światła, a w górę cienie. Na prawym wykonałem
odwrotny manewr i tu naciąłem się, bo okazało się, że obciąłem najwyższe światła.
     Część wad dołączonego do aparatu obiektywu jest korygowana nieodwołalnie – chodzi o dystorsję i boczną aberrację chromatyczną. Ale już sami możemy zdecydować o użyciu korekcji winietowania i dyfrakcji.

Kadr do prezentacji działania korekcji
dyfrakcji. Wycinki zdjęć testowych
prezentuję obok. Widać, że tej funkcji
warto używać, choć nie w pełni likwiduje ona
skutki zbyt silnego przymykania przysłony.














      Jednocześnie z premierą tego aparatu latem 2015 roku, Panasonic ogłosił stworzenie nowatorskiej funkcji Post Focus, pozwalającej ustawić ostrość na zdjęciu już po jego wykonaniu. Rzecz polega na naświetleniu serii zdjęć w rozdzielczości 4K przy 30 klatkach/s. Do każdego zdjęcia ostrość jest ustawiana innym czujnikiem AF z zestawu 49 – jeśli oczywiście każdym da radę. Przeglądając serię wybieramy zdjęcie z najlepiej ustawioną ostrością. Pomysłowe, choć trochę loteria. Post Focus nie zostało jednak natywnie włożone do GX8, a umożliwił to dopiero firmware 2.0 dostępny od jesieni 2015. Tyle, że nie było mi dane przetestować tej funkcji, gdyż testowy egzemplarz aparatu nie umożliwiał upgrade’u wewnętrznego oprogramowania. Był to po prostu egzemplarz przedprodukcyjny z oznaczeniem firmware’u znacznie mniejszym od 1.0. To już taka nieciekawa tradycja Panasonica, zresztą nie tylko polskiego, udostępniania do testu właśnie takich, niedorobionych, czy też niepewnych sztuk sprzętu.
     A to często ma, i miało też tym razem, wpływ na wyniki testu. Zauważałem pewien brak pewności w działaniu pojedynczego autofokusa, który czasami, już po potwierdzeniu ostrości, zwlekał z umożliwieniem wyzwolenia migawki. Jedna z „inteligentnych” funkcji tego Panasonica, iResolution, czyli podwyższanie szczegółowości zdjęć, po prostu nie wypracowywała jakichkolwiek efektów. No, poza podwyższeniem kontrastu. Stabilizacja obrazu w wykonaniu samej matrycy uzyskała wynik niedostateczny, a Dual I.S. ciut tylko lepszy. Inne wyniki nie budziły dużych wątpliwości, ale być może z docelowym firmwarem byłyby jeszcze lepsze.

      Zacznę od wspomnianej stabilizacji. Pierwszy test wykonałem z użyciem niestabilizowanego standardu 25 mm f/1,7, więc musiała wykazać się sama stabilizacja matrycy. I co? Prawie nic, bo skuteczność wypadła na poziomie jednej działki. Wstyd! Potem założyłem zooma 45-175 mm, który nie dostępuje zaszczytu współpracy z systemem Dual I.S., więc musiał redukować rozmazania obrazu we własnym zakresie. I robił to bardzo skutecznie, pozwalając fotografować z czasami o 3,5-4 działki dłuższymi niż przy stabilizacji wyłączonej. A na koniec do aparatu dołączyłem zooma 14-42 mm, też wyposażonego w stabilizację optyczną, ale dedykowanego do współpracy z Dual I.S. I znowu bida, bo wynik okazał się jedynie symbolicznie lepszy od uzyskanego przy samej stabilizacji matrycy. Ale to na pewno wynik braku docelowego oprogramowania aparatu. Testy, które napotkałem w sieci (np. ten: LINK) pokazują, że i Dual I.S. daje radę. Choć i tak wcale nie lepiej niż sama stabilizacja optyczna z mojego testu długiego zooma.

Różnica w zakresie dynamiki dla natywnej czułości ISO 200 i "programowej" ISO 100 nie
jest duża. Na tych zdjęciach cienie i tony średnie mają identyczną jasność, a różnica
tkwi wyłącznie w wysokich światłach. Widać ją? Nie bardzo, więc opiszę:
przy ISO 200 przepalonych jest ok. 20% powierzchni nieba, a przy ISO 100 ok. 40 %.

     Przetwornik obrazu Panasonica GX8 liczy 20 mln pikseli, co jest na dziś rekordowo dużą liczbą. Żaden inny bezlusterkowiec μ4/3 nie posiada tak mocno zagęszczonej matrycy. Na dziś, bo gdzieś tam czai się nowy Olympus, który w najbliższych dniach dorówna temu Lumixowi. Dorówna albo i przebije liczbą komórek, ale czy rozdzielczością zdjęć? Będzie mu trudno, gdyż GX8 „produkuje” aż 2900 lph, co jest wynikiem godnym matrycy 24 MPx, a świetnym wziąwszy pod uwagę, że pochodzi z 20 Mpx. Tę rozdzielczość widzimy zarówno na JPEGach z aparatu, jak i na RAWach. Jedyną istotniejszą różnicą między nimi jest mora, która na RAWach pojawia się zdecydowanie częściej niż na JPEGach. Ale bez tragedii. Nie ma zauważalnej różnicy pomiędzy rozdzielczością dla natywnej czułości ISO 200 i obniżonej ISO 100. Duże bogactwo pikseli przekłada się na obostrzenia w przymykaniu przysłony obiektywu. Po prostu limit dyfrakcyjny dla 20 Mpx na matrycy rozmiaru 4/3 cala teoretycznie leży na poziomie f/4,9. Nisko! Silniejsze przymknięcie przysłony może już powodować obniżenie rozdzielczości obrazu, choć w praktyce będziemy to widzieć tak gdzieś przy f/11, a f/8 wygląda jeszcze na bezpieczne. Cieszy obecność w GX8 funkcji redukcji efektów dyfrakcji, zwłaszcza że funkcja ta – w odróżnieniu od iResolution – działa. Cudów się jednak nie spodziewajmy. Poniżej prezentuję wycinki zdjęć wykonanych przy f/16 bez tej korekcji oraz z jej użyciem plus z referencyjnego przy f/5,6. Tak czy inaczej, z funkcji tej warto korzystać. Przy okazji dodam, że korekcję winietowania też polecam uwadze, zwłaszcza że działa ona skuteczniej niż ta od dyfrakcji.
     Matryca jest dokładnie wpisana w koło pola widzenia obiektywu. To oznacza, kąt widzenia w poziomie jest identyczny dla wszystkich podstawowych formatów zdjęć, czyli 4:3, 3:2 i 16:9. O Multi Aspect Ratio z Lumixów GH możemy tylko pomarzyć. RAWy zawsze rejestrowane są w „pełnym” formacie 4:3, więc jeśli uznamy, że przycięcie JPEGa do 3:2 było błędem, możemy z RAWa odtworzyć pełniejszy kadr.


Kadr do testu szczegółowości
obrazu dla poszczególnych
czułości matrycy. Wycinki
prezentuję obok. 
















       Wspomniałem już o rozdzielczości przy najniższych czułościach, teraz czas przejść do zależności jakości zdjęć od czułości. Rozdzielczość przy ISO 100 i ISO 200 jest identyczna, ale zakres dynamiczny dla „sztucznej” ISO 100 lekko spada. Na tyle lekko, że można się nawet pokusić o korzystanie z tej czułości na co dzień, zwłaszcza gdy lubimy pracować otwartą przysłoną. Jeśli upierać się będziemy przy ISO 200, to też damy radę silnemu światłu, oczywiście dzięki elektronicznej migawce i jej najkrótszemu czasowi 1/16000 s. To niby nie to samo, co 1/32000 s w Fuji, ale nie ma co narzekać.
        Wysoka szczegółowość obrazu utrzymuje się do ISO 400. Mógłbym napisać, że tylko do ISO 400, ale to przecież mocno zagęszczona matryca 4/3 cala, więc nie ma co liczyć na to, by ISO 800 dobrze się w tym względzie sprawowało. Natomiast najwyższą użyteczną czułością jest, jak dla mnie, ISO 1600. Niby z dobrze naświetlonego przy ISO 3200 RAWa coś tam się wyciągnie, ale to już należy zaliczyć do sytuacji nadzwyczajnych. Także dla ISO 1600 polecam przejście przez RAW, choć nie jest to konieczne. W każdym razie, jeśli planujemy korzystać z JPEGów, postarajmy się nie niszczyć zdjęć redukcją szumów. GX8, jak i inne Lumixy, daje możliwość precyzyjnego doboru poziomu odszumiania w zakresie +/- 5 działek. Zgodnie z przewidywaniami, domyślny poziom 0 i wyższe, skutecznie i dokładnie usuwają szumy wraz ze szczegółami zdjęć, więc skupiać się powinniśmy na wartościach ujemnych. Gdy pooglądałem zdjęcia testowe, okazało się, że obowiązują bardzo proste zasady doboru optymalnego poziomu odszumiania. Wygląda na to, że do poziomu ISO 200 wszelkie odszumianie jest wyłączone, więc to co ustawimy ręcznie i tak nie ma znaczenia. Ale już przy czułościach wyższych ma. Dla ISO 400 i ISO 800 pracowałbym na poziomie odszumiania -4, a dla ISO 1600 na -3. Dobra, jeśli ktoś ciekawy, to dla ISO 3200 optimum to także -3.
     Do tej pory nic nie pisałem o wyższych czułościach, bo jak pewnie zorientowaliście się, nie warto. Ale dla porządku: GX8 dysponuje nie tylko ISO 6400, ale także ISO 12800, a nawet ISO 25600. Jakość zdjęć przy tej najwyższej czułości wcale nie jest taka tragiczna… jeśli porównamy z ISO 3,2×106 Nikona D5.

To zdjęcie wykonałem na potrzeby testu osiowej aberracji chromatycznej obiektywu 25 mm f/1,7. Widać, że ostrość została ustawiona za bardzo z przodu. W takich sytuacjach warto pamiętać, że oprócz typowej dla Lumixów, łatwo dostępnej regulacji pola AF, mamy też „punktowe” pole Pinpoint. W tym wypadku bardzo by się przydało. A ja nawet o nim nie pomyślałem, uznając że najmniejsza standardowa ramka zapewni w zupełności wystarczającą precyzję.

     Ze spraw dotyczących jakości obrazu, dotknę jeszcze automatycznego balansu bieli, którego lepiej nie używać w sztucznym świetle. U poprzednika, czyli Lumixa GX7, rzecz wyglądała nieciekawie i bardzo liczyłem na poprawę u następcy. A tu nic. Jak było żółtozielono przy świetlówkach kompaktowych, tak i pozostało. Jak było ciepło przy żarówkach, tak nadal jest. Szkoda!
     Na koniec sprawa autofokusa, o którym już wcześniej napomknąłem. GX8 przy ciągłym autofokusie korzysta z systemu DFD, czyli Depth From Defocus. Ktoś z was jeszcze nie wie jak to działa? Pewnie tak, więc skrótowo opiszę. Panasonic nie wbudowuje w matryce detekcji fazy i korzysta wyłącznie z autofokusa kontrastowego. Teoretycznie oznacza to porażkę ciągłego AF. W praktyce jednak nie. Rzecz opiera się na bazie danych o wyglądzie nieostrości dla różnych ogniskowych i ustawionych odległości. Baza ta oczywiście obejmuje (niemal) wszystkie wymienne obiektywy Panasonica i Leiki oraz obiektywy wbudowane w kilka kompaktów używających DFD. Porównując wygląd nieostrości w momencie rozpoczęcia ogniskowania z pozycjami bazy danych, aparat wie jaki mniej więcej jest prawidłowy dystans ostrości i może natychmiast ruszyć w tamtą stronę. Szybko dojeżdża obiektywem w pobliże domniemanego ustawienia, a dopiero tu włącza się detekcja kontrastu i doprecyzowuje ostrość. Przyznaję, że z początku brzmiało mi to jak typowe  marketingowe przechwałki. Ale jednak działa – i to świetnie – co miałem już okazję sprawdzić na Lumixach GH4 i FZ1000. W przypadku GX8 DFD również jest bardzo szybki i celny. Jest jednak ale, najprawdopodobniej wynikające z niedopracowanego oprogramowania testowego egzemplarza aparatu. Bo dziwna rzecz: miałem duże problemy z prowadzeniem w ciasnym kadrze szybko jadących samochodów. Miało to miejsce przy seriach 6 klatek/s, kiedy to podgląd kadru przed każdym strzałem powinien dawać niemal pewność trafienia. A tu jakoś nie dawał i czułem się niewiele bardziej komfortowo niż przy 8 klatkach/s, kiedy to zamiast kadru widać podgląd wykonanych zdjęć. Będę musiał przyjrzeć się jak sprawy się mają w seryjnym egzemplarzu GX8. Ale tak czy inaczej, moje mniej lub lepiej trafione kadry świadczą, że ten pomysł na autofokus sprawdza się naprawdę dobrze.
     Film prezentowany poniżej wykonałem przy ogniskowej 175 mm, przysłonie f/5,6, 8 klatkach/s i oczywiście w trybie ciągłego autofokusa. Prędkość samochodu to ok. 80 km/h.


     Po tym teście mam trochę mieszane odczucia. Mieszane, bo spodziewałem się wspaniałego połączenia kompaktowego bezlusterkowca z możliwościami GH4. I niby dostałem to czego chciałem, ale tak nie całkiem. Nawet nie to, że aparat jest duży – to przecież wiadomo było już od premiery. Nie to, że nie poprawiono automatycznego balansu bieli, czy też bardziej ubogo niż w GH4 prezentują się funkcje filmowe. Nie, chodzi o brak pewności jak ten aparat NAPRAWDĘ działa. Czy te problemy z podglądem serii zdjęć, to sprawa niefinalnego firmware’u, czy ten typ tak ma mieć docelowo? Wahania w pracy AFS to norma, czy chwilowa niedoróbka? Czy iResolution i stabilizacja matrycy naprawdę mają działać tak słabiutko, czy nie? No dobrze, a gdyby okazało się, że finalny egzemplarz aparatu funkcjonowałby dokładnie tak jak testowy, jak bym go ocenił? Hm… wcale nie tak źle. Bo wypunktowanych kilka niedociągnięć w działaniu nie jest w stanie zamaskować mnóstwa pozytywów. Bardzo wysoki poziom indywidualizacji sterowania, uszczelnienia, odchylany wizjer o dużym powiększeniu, gibany ekran, wysoka rozdzielczość obrazu, bardzo sprawnie wykonywanie i zapisywane serie zdjęć, autofokus ze szczególnie dobrze działającym trybem ciągłym… długo by wymieniać. Nawet w takiej niedorobionej formie, Lumix GX8 to bardzo dobry aparat. A jeśli – obiecuję, sprawdzę to! – egzemplarz z finalnym firmwarem sprawować się będzie pod dwoma, trzema względami lepiej niż mój testowy, gotów jestem okrzyknąć go najlepszym bezlusterkowcem μ4/3.

Podoba mi się:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz