wtorek, 27 lutego 2018

TEST: Sony RX100 V – kompakt do łapania światła


     Temat pięcioosobowej – na dzień dzisiejszy – rodziny kompaktowych Cyber-shotów RX100 przewijał się na moim blogu już kilkukrotnie. Ostatnio aparaty te wspominałem jako przykład implementacji coraz to bardziej wyrafinowanych przetworników CMOS. Wcześniej, nieco ponad rok temu, rodzinie RX100 poświęciłem cały artykuł, porównujący poszczególne modele: „Moim okiem: 5 wersji Sony RX100 – która dla kogo?” Wyszło mi wówczas, że – biorąc pod uwagę cenę i możliwości – optimum stanowi wersja III. W ciągu tego roku sporo się jednak na rynku pozmieniało, a ceny wszystkich wersji (no, może poza pierwszą) spadły o duże kilkaset złotych. Na optymalną bardziej zaczęła mi wyglądać wersja IV i uznałem, że warto by ją przetestować. Jednak okazało się, że polskie Sony, pomimo że nadal sprzedaje wszystkie pięć wersji RX100, w wypożyczalni testowej ma tylko najnowszą. No dobra, jak się nie ma co się lubi… Wziąłem „piątkę”.

     Tych, którzy nie czytali mojego artykułu porównawczego, jeszcze raz zachęcam do zajrzenia tam. Szczególnie polecam tabelę z zestawieniem najważniejszych parametrów różniących poszczególne modele. Tu zaktualizuję ostatni wiersz tabeli, dotyczący cen aparatów. Dziś wygląda on tak (ceny kolejnych wersji od I do V): 1500 zł, 1900 zł, 2500 zł, 3100 zł, 4300 zł. Czyli nadal drogo / bardzo drogo, szczególnie jeśli przeliczamy cenę na jeden centymetr sześcienny aparatu.
     Bo to maleństwo jest. 10 cm szerokości, 6 cm wysokości i 4 cm grubości – kieszonkowiec pełną gębą! Z tych 4 cm grubości, półtora przypada na wystający, choć nadal „złożony”, obiektyw. Tak to wygląda w pozycji transportowej, ale po włączeniu zoom aparatu wysuwa się mocno, co widać na zdjęciu poniżej. Prezentuje ono maksymalne wyciągnięcie obiektywu, pojawiające się przy najkrótszej ogniskowej, czyli (małoobrazkowych) 24 mm. Przy pozostałych jej ustawieniach, nie chowa się on mocno – najbardziej, o centymetr, przy 50 mm.

     Dźwigienka zmiany ogniskowej ma malutki skok i stąd brak położenia pośredniego, czyli działa zero-jedynkowo. Nie próbujcie więc ustawić w menu szybkiej zmiany ogniskowej, pozostańcie przy normalnej. Inaczej będziecie mieli spore problemy z precyzyjnym ustawieniem kąta widzenia.
     Wielu osobom bardzo podoba się definiowalne pokrętło na obiektywie. Ja też się cieszyłem z jego obecności, ale po dwóch dniach testu dezaktywowałem je. Po prostu dlatego, że obracało mi się ono samo podczas noszenia w ręku włączonego aparatu. Liczyłem na to, że wypróbuję sterowanie tą drogą przysłoną, a może czułością albo korekcją ekspozycji, ale nie dało rady. Co podnosiłem aparat do oka, funkcja już miała zmienioną wartość.

     No dobra, RX100 V rozmiary ma nikczemne, ale z nimi mocno kontrastuje jego ciężar. Wrażenie nie jest może tak silne, jak po wzięciu do ręki wyfrezowanej z jednego kawałka metalu Leiki, ale bardzo zbliżone. Tak solidnego – na wyczucie – aparatu dawno nie testowałem. Metalu jest sporo w obudowie (przednia i górna pokrywa) i pewnie wewnątrz też, w każdym razie sądząc po masie. Podczas oficjalnego ważenia testowanego egzemplarza, moja waga pokazała 299 g. Już chciałem napisać, że to oczywiście więcej niż mówią zawsze oszukujące dane katalogowe, ale całe szczęście zajrzałem do nich. A tam, jak byk stoi „299 g”. Nie wiem jak ważyło Sony, ale moje 299 g oznacza masę aparatu w pełni gotowego do pracy, czyli z widocznym na zdjęciach paseczkiem, paskudnie porysowaną folią zabezpieczającą ekran, kartą pamięci i (w pełni naładowanym J) akumulatorem.

     Ciekaw byłem zawartości metalu w środku aparatu, lecz nie znalazłem żadnych informacji dotyczących tematu. Za to wujek Google, po wbiciu frazy w rodzaju „RX100 metal” wyrzucał mnóstwo zdjęć dodatkowych, metalowych rzecz jasna, gripów do RX100. Widać jest duże na nie zapotrzebowanie, choć mi podczas testu płaski przód aparatu nic a nic nie przeszkadzał. Teraz, gdy się nad tym zastanowiłem, już wiem dlaczego. Po prostu ten niedostatek ergonomii nikł przy ogólnej upierdliwości obsługi aparatu. Przyciski malutkie, podobnie obrotowy nawigator, który trudno się obraca bez nieumyślnego naciśnięcia – zwłaszcza zmarzniętymi palcami. No i szczyt niewygody: brak ekranu dotykowego. RX100 V nie miał pod tym względem szczęścia. Był ostatnim aparatem Sony, przy którym producent przestrzegał swojej zasady: jeśli jest wizjer, nie ma touchscreena. Kolejna cyfrówka, czyli A6500, zresztą zaprezentowana tego samego dnia co RX100 V, posiada już i wizjer i ekran dotykowy. Cóż, z tą funkcjonalnością w rodzinie RX100 musimy poczekać do wersji VI. Bez tego naprawdę trudno nawigować po bogatym wnętrzu aparatu. Niby na tylnej ściance jest definiowalny przycisk C, mamy komponowalne podręczne menu Fn, sami możemy przyporządkować funkcje pod boczne „segmenty” nawigatora, podobnie jak pod pierścień na obiektywie. Jednak to wszystko tylko pozornie może pomóc, bo szybka obsługa grzęźnie w dziubdzianiu palcem po malutkich elementach sterujących. Zresztą to nie pierwszy taki przypadek w foto-nieobiektywnych testach. Podobny zarzut wysunąłem już wobec Panasonica TZ100.

     Ale nie byłbym szczery, gdybym nie dodał ważnego uzupełnienia. Tak jak to wcześniej opisałem, wygląda obsługa RX100 V, gdy wykorzystujemy wiele jego funkcji. Gdy przed zdjęciem chcemy ustawieniem aparatu dopracować sporo szczegółów. „Dorzućmy korekcję -0,7 EV i może też DRO – nie, 5Lv to za dużo, niech będzie 3Lv; o, i jeszcze ciągły AF zamiast AFS; hm, sam RAW nie, może JPEG się przyda, więc włączmy też i jego”. Jeśli fotografujemy w ten sposób, to w towarzystwie RX100 V stracimy sporo nerwów. Lecz jeśli potrzebna nam na przykład tylko czułość, korekcja ekspozycji, przysłona, no i powiedzmy, że jeszcze jakaś jedna funkcja, damy radę.

     Ale pomarudzę jeszcze trochę: jak to zwykle w Sony, nie podoba mi się sposób informowania o niedostępności danego trybu działania. Niby pojawia się informacja, które inne ustawienie bruździ, ale potem musimy odnaleźć w menu przeszkodę i ją usunąć. Powtórzę się: wolałbym zobaczyć jedynie informację, które ustawienia aparat sam zmienił, bym ja mógł włączyć żądany tryb.

Ogniskowa 70 mm, pełna dziura, czułość ISO 125.
     Napisałem o tym mnóstwie funkcji posiadanych przez RX100 V, ale nawet nie spróbuję ich wymienić. On ma wszystko, co można sobie wymarzyć, czyli wielokrotnie więcej niż potrzebuje konkretny fotograf. Wrażenie potęguje fakt, że to malutki aparat. A wciśnięto w niego zestaw funkcji i trybów taki, jak w najbardziej wyrafinowane bezlusterkowce serii A7 i A9. Miejscami nawet więcej niż tam, bo do RX100 V trafił szary filtr, wspomagający, czy raczej mogący zastępować elektroniczną migawkę. No dobra, może filmowanie jest mniej zaawansowane niż w bezlusterkowcach, brak choćby gniazda do zewnętrznego mikrofonu, ale i tak dostępne jest 4K 25p 100 Mb/s oraz Full HD 100p 100 Mb/s. Plus jakieś zebry, Focus Peaking (przydatne rzecz jasna także przy fotografowaniu) oraz oczywiście HFR, czyli firmowy pomysł na superszybkie zdjęcia do 1000 klatek/s. Tę funkcję opisałem już przy okazji testu Sony RX10 II.

Ogniskowa 70 mm, f/4, ISO 125.
     Jeśli chodzi o fotografowanie, to z ciekawych drobiazgów odkryłem regulację czasu naświetlania, przy którym następuje zmiana czułości w trybie ISO Auto. Domyślnie następuje ona gdy czas przekracza wartość odwrotności (małoobrazkowego odpowiednika) ogniskowej, lecz można go skrócić / wydłużyć dwu- albo czterokrotnie. Lubiana przeze mnie, choć różnie w różnych modelach działająca, funkcja wieloklatkowej redukcji szumów, ma opcje standardowego i silnego usuwania szumów. O tej funkcji jeszcze napiszę. Wbudowana lampka błyskowa pozwala odchylić się do góry, by błyskać w sufit.

     Czego w RX100 V brak, to – tradycyjnie dla Sony – możliwości obróbki zdjęć w aparacie.
     Akumulator aparatu to malutki NP-BX1, który nie wystarcza na zbyt długo. Nawet gdy – tak jak ja podczas testu – włączymy tryb samolotowy, by różne WiFi i inne NFC nie wyżerały nam prądu. Warto pamiętać o wyłączaniu aparatu, gdy nie fotografując trzymamy go w dłoni. Wówczas, gdy wizjer jest wysunięty, czujnik zbliżenia oka może nie pozwalać na automatyczne wyłączanie się aparatu, a ten szybko wyssie prąd z akumulatora. Standardowo ładuje się go przez USB, i to dość szybko – jak na ten sposób ładowania. Oficjalnie jest mowa o czasie 150 minut, ale podczas gdy miałem w rękach RX100 V, ładowanie nigdy nie trwało dłużej niż dwie godziny. Choć przyznam, że korzystałem z własnego zasilacza USB o wydajności 2 A, a nie dostarczonego z aparatem „1,5 A”. Wśród akcesoriów Sony znalazłem dwie ładowarki zewnętrzne do niego: sieciową oraz zasilaną z USB. Pomogą one gdy używamy więcej niż jednego akumulatora. Przez USB da się też zasilać aparat podczas fotografowania / filmowania. Jeśli więc nie mamy nic przeciwko kabelkowi łączącemu nas z aparatem, możemy wykorzystać power bank trzymany w kieszeni. 



ISO 1600, wycinek poniżej.

Kliknij by obejrzeć w pełnej rozdzielczości.

    Serduszkiem RX100 V jest 20-megapikselowa 1-calowa matryca CMOS. Ta rozdzielczość obowiązuje w rodzinie RX100 od samego początku jej istnienia, ale sam przetwornik oczywiście ulegał ulepszeniu. Od wersji II jest to BSI (Back-Side Illuminated) CMOS, a od IV Stacked BSI CMOS. Ciekaw byłem jak sobie ta matryca będzie radziła, zwłaszcza w porównaniu z dobrze znaną mi jednocalówką stosowaną u Panasonica. I oczywiście radzi sobie lepiej, choć na cuda nie liczmy. Pochwalę dwie rzeczy. Pierwszą jest wspaniałe oddanie barw i zachowanie prawidłowego kontrastu aż do najwyższych czułości włącznie. Drugą jest bardzo dobry silnik JPEG, więc jeśli „zmieściliśmy się” w ekspozycji ze światłami i cieniami, to nie musimy prosić RAWy o pomoc. No, może trochę upraszczam, ale istotne jest to, że pod względem poziomu szumów, szczegółów, wyostrzenia, JPEGi dają radę. Co nie znaczy, że nie potrzebują naszej pomocy. Pierwszym, obowiązkowym jej krokiem, jest przełączenie odszumiania z pozycji Normal na Low. Normal jest, poza rzadkimi wyjątkami, bezużyteczna, a druga niemal uniwersalna. Wyjątki od tej zasady są dwa, a dotyczą skrajnych czułości. Przy natywnej ISO 125, dla uzyskania maksymalnej szczegółowości obrazu, odszumianie warto w ogóle wyłączyć. Natomiast przy czułościach najwyższych, czyli ISO 6400 i 12800, ustawienie Normal powoduje, że zdjęcia, bez szczególnego dyskomfortu, da się jeszcze oglądać w rozdzielczości ekranowej. 

ISO 3200, wycinek poniżej.
Kliknij by obejrzeć w pełnej rozdzielczości.

     Wyższej z czułości „programowych”, czyli ISO 25600 nie użyłem podczas testu. Natomiast spróbowałem niższej, czyli ISO 80 i uważam, że nie warto z niej korzystać. Wzrost szczegółowości obrazu trudno dostrzec, w odróżnieniu od wyraźnego zmniejszenia zakresu rejestracji w wysokich światłach. W takich sytuacjach często piszę, że ta obniżona czułość może przydać się w bardzo silnym oświetleniu, gdy zależy nam na pracy otwartą przysłoną. Jednak w przypadku Sony RX100 V nie ma to sensu. Jest on bowiem wyposażony w szary filtr 8-krotny oraz elektroniczną migawkę, której czasy sięgają 1/32000 s. Dodam przy okazji, że migawka centralna odmierzyć może 1/2000 s.


ISO 400, wycinek poniżej.
Kliknij by obejrzeć w pełnej rozdzielczości.

     No dobrze, a czułości pośrednie? Tu spokojnie działamy sobie aż do poziomu ISO 800, kiedy to szumów (odszumianie Low) w zasadzie jeszcze nie widać, lecz szczegółowość zdjęć zauważalnie spada. I to jest wartość czułości maksymalna „do codziennego użytku”. Można tu już rozważyć skorzystanie z RAWów, co pozwoli trochę docyzelować obraz, lecz ja bym na dużo nie liczył. Jeśli już, to prędzej przy ISO 1600. Tu JPEGi wyglądają już tak sobie. Inną opcją jest skorzystanie z wieloklatkowej redukcji szumów, która w przypadku RX100 V, ustawiona na słabsze odszumianie, bardziej dba o szczegóły niż o zupełnie odszumienie obrazu. Użycie tej funkcji już przy ISO 800 daje dobre rezultaty, jest bardzo dobrym rozwiązaniem przy ISO 1600, a w zasadzie jedynym sensownym przy ISO 3200. Choć tu szumy są już dość wyraźne. A, oczywiście trzeba pamiętać, że korzystając z wieloklatkowej redukcji możemy zapisywać jedynie JPEGi.

Przy niektórych zdjęciach nocnych, jasny, stabilizowany obiektyw pozwala na
fotografowanie z ręki bez konieczności wychodzenia ponad czułość ISO 125.
Tu 1/6 s, oczywiście 24 mm f/1.8.

     RAWy przydają się przede wszystkim gdy nie dajemy rady objąć ekspozycją zarówno świateł, jak i cieni. Trochę pomaga funkcja DRO, lecz ona bywa kapryśna. Czasem zgrabnie pomaga i przepalonym i smolistym fragmentom kadru, ale bywa, że zupełnie ignoruje wysokie światła. Warto więc dobierając ekspozycję pamiętać o nich, gdyż DRO na pewno pomoże cieniom, a jeśli niewystarczająco, to zawsze mamy w zapasie RAWa. Ale tu też bywa różnie. Pewne kadry o dużej rozpiętości tonów dobrze się obrabia w firmowym Image Data Converter, ale inne wychodzą zbyt HDRowo. Warto wówczas spróbować wywołania ich w innym programie.

Motyw z dużą rozpiętością tonalną, ugryziony najpierw - nieskutecznie - JPEGiem,
potem RAWem w Adobe Camera Raw, a na końcu, też RAWem, ale mocno
HDRowo w firmowym Image Data Converter.
Przy tym kadrze wyniki działań Image Data Converter uznałem za niesatysfakcjonujące.
Oczywiście poprawiły to co widać na JPEGu (po lewej), ale uratowanie świateł dało
efekt niemal Malowidła HDR. Wolę to co dał ACR (pośrodku) albo DxO (prawa wersja).

     Automatyczny balans bieli ponosi porażki wyłącznie w świetle żarówek i świetlówek kompaktowych. Przy tym ciekawe, że w obu wypadkach zdjęcia z RX100 V mają identyczny, ciepły odcień. W innych cyfrówkach świetlówki kompaktowe dają dodatkowy zielony zafarb, ale tu nie. Przy tym wszystkim, zdjęcia z Sony nie są jakoś mocno pomarańczowe, czy też brązowe – błąd w ustawianiu temperatury barwowej duży nie jest. Jednak nijak nie można nazwać tych barw miłymi, przyjemnymi, domowymi. Ogólnie rzecz biorąc, zachowanie ciut powyżej średniej.

     Obiektyw tego Sony to nie żadne Sony, a Zeiss. Zakres jego ogniskowych odpowiada małoobrazkowemu 24-70 mm, światło to f/1.8-2.8. O ile na zakres niektórzy mogą marudzić – jedni, że za wąsko na dole, inni że za szeroko na górze – to jasności nikt się nie czepia. I ja też tego nie zrobię. Niemniej czuję się w obowiązku napisać, że „początkowe” światło f/1.8 szybko spada wraz z wydłużaniem ogniskowej i f/2.8 obowiązuje już przy ogniskowej 35 mm.

     Jak obserwuję publikowane zdjęcia z aparatów Sony rodziny RX100, to potężna ich część została wykonana z użyciem dołu zooma. A gdy popatrzyłem sobie na wykonane podczas testu zdjęcia, widzę że konstruktorzy Sony chyba taki trend przewidzieli, gdyż zoptymalizowali obiektyw właśnie do pracy w tym zakresie. Tłumacząc na polski: środek i góra ogniskowych jakościowo prezentuje się mniej ciekawie niż dół.
     Mam na myśli szczegółowość obrazu, gdyż do pozostałych parametrów (winietowanie, dystorsja, aberracja chromatyczna) trudno mi się odnieść. Chciałem i je sprawdzić, ale nie dało się. Przejrzałem dokładnie menu i nie znalazłem opcji wyłączenia cyfrowych korekcji wad optyki. Są one po prostu na stałe aktywne. W sumie trudno się dziwić przy takim maleńkim, jasnym szkiełku sięgającym od szerokiego kąta aż „do portretu”.
     O ile jednak winietowanie zostało skorygowane niemal w pełni (troszkę go zostało przy najszerszym kącie), to dystorsja już nie. Ale żeby było ciekawiej, trochę bardziej widać ją przy dłuższych ogniskowych, gdzie – jak donosi Internet – naturalna, optyczna „beczka” wcale nie  była silna. Nie została ona w pełni skorygowana, w odróżnieniu od potężnej, podobno aż 4-procentowej, dystorsji występującej przy 24 mm. Ta zastała cyfrowo zneutralizowana praktycznie do zera. W sumie jednak tych wad nie należy się obawiać.

Ogniskowa 24 mm, przysłona f/1.8. Wycinki poniżej.

Brzeg kadru po lewej, środek po prawej. Kliknij by obejrzeć w pełnej rozdzielczości.

     Natomiast ze szczegółowością obrazu jest tak: środek kadru w całym zakresie ogniskowych prezentuje się więcej niż dobrze już przy otwartej przysłonie. Dla pewności lepiej ją ciut przymknąć o działkę – mniej więcej do f/2.8 przy 24 mm i f/4 w środku i na końcu zakresu zooma. Jednak w dole zooma, dla centrum klatki, różnica pomiędzy f/1.8, a optymalnymi f/2.8-4, a nawet f/5.6 jest symboliczna. Dla brzegów różnica jest tam ciut większa, ale i tak podejrzanie skromna. Optimum jakości peryferii kadru to f/4-5.6. „Dyfrakcyjny”, ale jeszcze słabiutki spadek ostrości można zauważyć przy f/8, ale szczerze odradzam dopiero użycie f/11.
     Środek, a szczególnie góra zakresu ogniskowych oznaczają wyraźnie gorsze brzegi. Nie dość, że słabo one wyglądają przy otwartej przysłonie f/2.8, to niechętnie poprawiają się przy jej przymykaniu. OK, f/5.6 daje już jakie takie rezultaty, ale na rewelacje na brzegach nie liczmy.

Ogniskowa 70 mm, f/2.8. Wycinki poniżej.

Brzeg po lewej, środek po prawej. Kliknij by obejrzeć w pełnej rozdzielczości.

      W obiektywie siedzi system optycznej stabilizacji obrazu, który przydaje się, gdyż – w każdym razie w moich rękach – Sony RX100 V jest aparatem mocno ruszającym zdjęcia. Przy wyłączonej stabilizacji i czasie naświetlania równym odwrotności (odpowiednika) ogniskowej, nie udawało mi się uzyskiwać 100% ostrych zdjęć. Natomiast dwukrotne wydłużenie ekspozycji powodowało, że nieruszonych ujęć było „aż” 20%. Stabilizacja okazała się więc obowiązkowa. Pozwoliła mi ona na uzyskiwanie połowy ostrych ujęć przy ekspozycjach 16-krotnie dłuższych niż „regulaminowe” i 80% przy 8-krotnie dłuższych. Czyli, dla ogniskowej 70 mm, odpowiednio, przy 1/5 s i 1/10 s. Oficjalny, formalny wynik mojego testu, to skuteczność na poziomie 3,5-4 działek czasu. Jest więc dobrze, choć bez rewelacji.

Pod światło obiektyw daje radę, z rzadka tylko produkując słabe, pojedyncze plamy.
Pokazuję, co udało mi się uzyskać męcząc tego Zeissa. Po lewej przy 24 mm i f/1,8,
po prawej przy 70 mm i f/5.6.
     Autofokus RX100 V został podciągnięty na bardzo wysoki poziom dzięki implementacji w matrycy detekcji fazy z mnóstwem czujników rozłożonych na dużym obszarze. Zasadniczo, powinna ona – znaczy, detekcja fazy – mieć pozytywny wpływ przede wszystkim na sprawność ciągłego ostrzenia, choć i przy pojedynczym powinna ją poprawiać. Ciągłego autofokusa tym razem nie testowałem – uznałem, że przy ogniskowej sięgającej zaledwie 70 mm, rzecz nie ma dużego znaczenia. Natomiast pojedynczy miał podczas mojego testu co robić, gdyż zdjęcia wykonywałem w różnych warunkach, także w nocy i pod światło. Autofokus Sony wyszedł z tych opresji bez szwanku. Racja, podczas całego testu ze dwa razy pomylił się w ogniskowaniu obiektywu, i to solidnie. Raz, na ciemnym motywie bez kontrastu. Drugi nie da się usprawiedliwić, chyba, że to ja – przy bliskim motywie – poruszyłem aparatem przed wyzwoleniem migawki. W sumie wynik bardzo dobry, również dlatego, że przy naprawdę trudnych zdjęciach nocnych Sony nie mylił się wcale.

Dynamic Range Optimizer ustawiony na maksa, poprawił tak światła, jak i cienie.

W tym wypadku DRO Lv5 ładnie rozjaśnił cienie, ale zupełnie zlekceważył
wysokie światła. 

      Na koniec jeszcze kilka zimowych, trójmiejskich widoczków:

Ogniskowa 70 mm, f/4.

Ogniskowa 24 mm, f/1.8.

Ogniskowa 24 mm, f/4.

Ogniskowa 43 mm, f/2.8.

Ogniskowa 48 mm, f/2.8.

     O, i tak ten RX100 V się prezentuje. Spodobał wam się? Bo mi tylko częściowo – tak w każdym razie rzecz widziałem podczas testu i przez jakiś czas po jego zakończeniu. Możliwości aparatu, zapas funkcji oraz oczywiście efekty działania zasługują, jeśli nie na brawa, to co najmniej na pochwałę z wpisem do dzienniczka. Ale mnie odstręczał sposób, w jaki musiałem do tych wszystkich dobrodziejstw docierać. Nie będę powtarzał epitetów, których używałem podczas testu oraz w złagodzonej formie tu, w artykule.
     Z taką wizją jego podsumowania zabierałem się do pisania.
     Wszystko zmieniło się, gdy z 10 dni temu przeczytałem tekst Rafała Wylegały (z Sony Polska J) na jego Foto Pawlaczu. Rafał napisał o fotografowaniu tanimi, prostymi aparatami i obiektywami. Takimi, na które Poważni Fotografowie patrzą z politowaniem, a biorą do ręki z obrzydzeniem. A nimi też można robić wspaniałe zdjęcia, byle skupić się na łapaniu światła i kadru, a nie grzebaniu w ustawieniach sprzętu.
     I wiecie, gdy to przeczytałem, olśniło mnie! Rafał napisał swój tekst chyba specjalnie dla mnie! Ten Sony RX100 V jest, choć wcale nie prostym i tanim, właśnie kompaktem do „łapania światła”. Takim kieszonkowym notatnikiem fotograficznym. Wyciągasz go, włączasz, kadrujesz, robisz zdjęcie. Bez specjalnego kombinowania, bo to grozi śmiercią lub kalectwem. Zdjęciom rzecz jasna. Używany w ten sposób daje mnóstwo satysfakcji, podczas gdy próby dopicowania ustawień wręcz przeciwnie.
     Co wcale nie znaczy, że cały ten potężny zapas funkcji został dodany bez sensu. Oczywiście, że nie! Gdy naprawdę potrzebujemy jakiegoś wyrafinowanego trybu, a mamy chwilkę czasu by go włączyć, by poprzestawiać to i owo, bogactwo RX100 V może nam się przydać. Jednak nie kupujmy tego aparatu dla wspomnianego bogactwa, a dla umiejętności produkowania wspaniałych technicznie zdjęć przy naszym jak najskromniejszym udziale.


Podoba mi się:
+ mikroskopijność
+ potężne możliwości
+ jakość zdjęć

Nie podoba mi się:
- dostęp do funkcji


Zajrzyj też tu:

4 komentarze:

  1. Hmm, nie Wylęgały ale Wylegały! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, rany! Dzięki, już koryguję. I przepraszam za błąd. Rafał, szczególnie Ciebie.

      Usuń
  2. Astronomiczna cena jednak skutecznie odstawia ten aparat na bok podczas wyboru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, tak jest. Dobre choć to, że wersje III i IV prezentują się całkiem przyzwoicie. To w odróżnieniu od rodziny RX10, gdzie najnowsza wersja III jest jedyną sensowną. A jej cena ma więcej wspólnego z psychiatrią, niż z astronomią.

      Usuń